Napisałam do niego po 45 latach. Odpisał. To, co przeczytałam, zmieniło wszystko.
– Mamo, znowu nie śpisz? – zapytała mnie Marta, wchodząc do kuchni o czwartej nad ranem. Siedziałam przy stole z kubkiem zimnej herbaty, wpatrzona w ekran telefonu. Znowu. Trzecia noc z rzędu śnił mi się Andrzej. Zawsze to samo miejsce: stara ławka przy jeziorze w naszym rodzinnym miasteczku, ta sama rozmowa, ten sam dotyk dłoni. Budziłam się z uczuciem ciepła i dziwnej tęsknoty, której nie potrafiłam nazwać.
– Wszystko w porządku, kochanie – skłamałam. – Po prostu nie mogę spać.
Marta spojrzała na mnie podejrzliwie. Miała już swoje lata, ale wciąż była moją córką i znała mnie lepiej niż ktokolwiek inny. Usiadła naprzeciwko mnie i przez chwilę milczałyśmy. W końcu wyszła, zostawiając mnie samą z myślami.
Za trzecim razem, gdy obudziłam się z tym snem, pomyślałam: „To znak”. Przez 45 lat nie miałam kontaktu z Andrzejem. Po maturze nasze drogi się rozeszły – on wyjechał do Wrocławia na studia, ja zostałam w Olsztynie, potem wyszłam za mąż za Zbyszka. Życie potoczyło się zwyczajnie: praca w bibliotece, dzieci, codzienność. Ale nigdy nie zapomniałam tamtego lata i tamtej ławki.
Wzięłam telefon i zaczęłam szukać. Facebook, stare fora klasowe, jakieś grupy absolwentów. W końcu znalazłam profil: Andrzej Nowak, rocznik 1954, zdjęcie sprzed kilku lat – siwe włosy, ciepły uśmiech. Serce zaczęło mi bić jak szalone. Napisałam krótką wiadomość: „Cześć Andrzeju. Śniłeś mi się trzy noce z rzędu. Czy pamiętasz jeszcze tamtą ławkę nad jeziorem?”
Nie spodziewałam się odpowiedzi. Przecież minęło tyle lat. Może nawet już nie żyje? Może nie pamięta? Może nie chce pamiętać?
Odpisał po dwóch dniach.
„Pamiętam wszystko. Każdy szczegół. Czekałem na ten list przez całe życie.”
Zamarłam. Przeczytałam wiadomość dziesięć razy. Potem jeszcze raz. I jeszcze raz. Łzy same napłynęły mi do oczu.
Zaczęliśmy pisać codziennie. Najpierw ostrożnie – o dzieciach, o pracy, o zdrowiu. Potem coraz odważniej – o tym, co było kiedyś i dlaczego tak się stało. Okazało się, że Andrzej nigdy się nie ożenił. Miał kilka poważnych związków, ale żadna kobieta nie była „tą jedyną”.
– Wiesz, Haniu – napisał pewnego wieczoru – ja chyba nigdy nie przestałem cię kochać.
Zakręciło mi się w głowie. Przez tyle lat żyłam w przekonaniu, że to była tylko młodzieńcza miłość, która musiała się skończyć. A jednak…
Zaczęliśmy rozmawiać przez telefon. Jego głos był taki sam jak kiedyś – ciepły, spokojny, trochę zamyślony.
– Dlaczego wtedy wyjechałeś? – zapytałam któregoś wieczoru.
– Twój ojciec przyszedł do mnie dzień po maturze – odpowiedział cicho. – Powiedział, żebym dał ci spokój. Że zasługujesz na kogoś lepszego niż chłopak z biednej rodziny.
Zaniemówiłam.
– Dlaczego mi tego nie powiedziałeś?
– Bałem się, że jeśli ci powiem, zerwiesz kontakt z ojcem. A ja… ja cię kochałem za bardzo.
Przez chwilę milczeliśmy oboje.
– Myślałam, że po prostu przestałeś mnie kochać – wyszeptałam.
– Nigdy.
W mojej głowie zaczęły kłębić się wspomnienia: ojciec zawsze był surowy, wymagający, nigdy nie akceptował moich wyborów. Nawet Zbyszka zaakceptował dopiero po kilku latach.
Przez kolejne tygodnie żyłam jak na huśtawce emocji. Z jednej strony czułam się winna wobec Zbyszka – mojego męża od 40 lat, dobrego człowieka, który nigdy mnie nie skrzywdził. Z drugiej strony czułam się zdradzona przez własnego ojca i oszukana przez los.
Marta zauważyła zmianę we mnie.
– Mamo, co się dzieje? Jesteś jakaś inna…
Nie wytrzymałam i opowiedziałam jej wszystko.
– I co teraz zamierzasz zrobić? – zapytała ostrożnie.
– Nie wiem…
Zbigniew też coś wyczuł.
– Haniu… czy ty masz romans? – zapytał pewnego wieczoru przy kolacji.
Popatrzyłam mu w oczy i zobaczyłam w nich smutek i strach.
– Nie mam romansu… Ale odezwał się do mnie ktoś z przeszłości.
Zbigniew odłożył widelec i przez dłuższą chwilę milczał.
– Jeśli musisz coś zamknąć albo wyjaśnić… ja to zrozumiem – powiedział w końcu cicho.
Poczułam wdzięczność i ból jednocześnie.
Po miesiącu Andrzej zaproponował spotkanie nad jeziorem.
– Chciałbym jeszcze raz usiąść z tobą na tej ławce – napisał.
Bałam się jak nigdy wcześniej. Bałam się własnych uczuć, bałam się tego, co powie rodzina, bałam się rozczarowania.
Ale pojechałam.
Jezioro wyglądało tak samo jak wtedy – tylko ławka była nowa. Andrzej czekał już na mnie. Gdy usiadłam obok niego, poczułam spokój i czułość, których nie czułam od lat.
Rozmawialiśmy długo – o wszystkim i o niczym. O tym, co mogło być, a czego już nigdy nie będzie. O tym, jak jedno słowo może zmienić całe życie.
Gdy wróciłam do domu, Marta czekała na mnie w kuchni.
– I co teraz? – zapytała.
Popatrzyłam na nią i uświadomiłam sobie jedno: całe życie żyjemy dla innych – dla rodziców, dzieci, mężów… A kiedy przychodzi czas na nas?
Czy można zacząć wszystko od nowa po siedemdziesiątce? Czy warto wracać do przeszłości? A może lepiej zostawić ją za sobą?