Pięć lat utrzymywałam męża – dziś pierwszy raz poprosiłam go o pomoc finansową. Czy to już koniec naszej miłości?

– Michał, czy możesz mi pożyczyć dwieście złotych? – zapytałam cicho, ledwo słyszalnym głosem, stojąc w kuchni z kubkiem zimnej już kawy. Wiem, że to absurdalne pytanie, bo przez ostatnie pięć lat to ja byłam tą, która płaciła rachunki, robiła zakupy i dbała o to, żeby w lodówce zawsze było mleko dla naszej córki. Ale dziś… dziś naprawdę nie miałam już nic.

Michał spojrzał na mnie zaskoczony. Przez chwilę milczał, jakby nie rozumiał, o co go proszę. Potem jego twarz stężała, a oczy nabrały dziwnego blasku – może to był wstyd, może gniew, a może coś jeszcze innego. – A na co ci? – zapytał chłodno.

Poczułam, jakby ktoś wylał na mnie kubeł lodowatej wody. Przez pięć lat nie zapytałam go ani razu „na co ci?”, kiedy prosił mnie o pieniądze na papierosy, na piwo z kolegami czy na nową grę komputerową. Przez pięć lat tłumaczyłam przed rodziną i znajomymi, że „Michał szuka pracy”, „Michał ma trudny okres”, „Michał się stara”. Sama pracowałam na dwa etaty – w szkole i wieczorami korepetycje z matematyki. Czasem miałam wrażenie, że jestem jedyną dorosłą osobą w tym domu.

– Na czynsz – odpowiedziałam spokojnie, choć w środku wszystko się we mnie gotowało. – Nie mam już pieniędzy.

Michał odwrócił wzrok. – Wiesz przecież, że nie mam…

– Michał! – przerwałam mu ostrzej niż zamierzałam. – Pracujesz od dwóch miesięcy! Wiem, ile zarabiasz. Nie proszę cię o wiele.

Zapanowała cisza. Nasza córka, Zosia, bawiła się w swoim pokoju, śmiejąc się do siebie i układając klocki. Przez ścianę słyszałam jej cichy śpiew. To dla niej wytrzymywałam tak długo. To dla niej znosiłam upokorzenia i tłumaczyłam Michała przed całym światem.

– Muszę mieć coś dla siebie – powiedział w końcu Michał, patrząc mi prosto w oczy. – Nie rozumiesz?

Poczułam, jakby ktoś wyrwał mi serce. Przez pięć lat nie miałam nic „dla siebie”. Każda złotówka szła na dom, na Zosię, na niego. Moje ubrania pamiętały jeszcze czasy studiów, a fryzjera widziałam ostatni raz przed ślubem.

– A ja? – zapytałam cicho. – Ja przez pięć lat nie miałam nic dla siebie.

Michał wzruszył ramionami i wyszedł z kuchni. Zostałam sama z zimną kawą i poczuciem klęski.

Wieczorem zadzwoniła do mnie mama. – Jak tam u was? Michał już znalazł pracę?

– Tak, mamo – odpowiedziałam mechanicznie. – Pracuje od dwóch miesięcy.

– No to chyba teraz będzie ci lżej? – zapytała z nadzieją w głosie.

Nie odpowiedziałam. Nie chciałam mówić jej prawdy, nie chciałam słuchać kolejnych rad o tym, że „facetowi trzeba dać czas”, „facet musi się poczuć potrzebny”, „facetowi nie wolno zabierać godności”. A co z moją godnością?

W nocy długo nie mogłam zasnąć. Michał leżał obok mnie na łóżku i przewracał się z boku na bok. Czułam jego napięcie, jego złość. W końcu usiadł i powiedział:

– Myślisz, że jestem pasożytem?

Zaskoczył mnie tym pytaniem. – Nie… Chcę tylko, żebyśmy byli partnerami. Żebyś czasem też coś dał od siebie.

– Przecież daję! – wybuchnął nagle. – Zajmuję się Zosią! Robię zakupy!

– Michał… zakupy robisz za moje pieniądze.

Znowu cisza. Tym razem cięższa niż kiedykolwiek wcześniej.

Przypomniałam sobie wszystkie te wieczory, kiedy wracałam zmęczona po pracy i widziałam go przed komputerem. Wszystkie te weekendy, kiedy tłumaczyłam Zosi, że tata jest zmęczony i nie może się z nią pobawić. Wszystkie te rozmowy z teściową, która powtarzała: „Mój Michaś zawsze był delikatny, ty musisz być silna”.

A ja już nie chcę być silna.

Następnego dnia rano Michał wyszedł do pracy bez słowa. Zosia przybiegła do mnie z rysunkiem: „Mama i Zosia na placu zabaw”. Uśmiechnęłam się przez łzy.

W pracy koleżanka zapytała: – Coś ty taka przygaszona?

– Nic… po prostu jestem zmęczona.

Ale to nie było tylko zmęczenie fizyczne. To było zmęczenie duszy. Zmęczenie ciągłym udawaniem przed światem i przed samą sobą, że wszystko jest dobrze.

Wieczorem Michał wrócił późno. Pachniał piwem i papierosami. Rzucił mi na stół dwie stówy.

– Masz. Ale następnym razem radź sobie sama.

Patrzyłam na te pieniądze jak na coś obcego, brudnego. Nie chciałam ich brać do ręki.

– Michał… czy ty mnie jeszcze kochasz? – zapytałam cicho.

Spojrzał na mnie z pogardą i wyszedł do drugiego pokoju.

Zostałam sama z pytaniami bez odpowiedzi.

Czy można kochać kogoś, kto przez lata traktuje cię jak bankomat? Czy można budować dom na fundamencie rozczarowania i żalu?

Może powinnam odejść? Może powinnam wreszcie pomyśleć o sobie?

A wy… co byście zrobili na moim miejscu? Czy warto walczyć o taki związek?