Moja mama nie chce opiekować się moimi dziećmi: między pracą, samotnością a walką o każdy dzień

– Mamo, proszę cię, tylko na dwie godziny. Muszę iść do pracy, nie mam z kim zostawić dzieci – mój głos drżał, a w gardle czułam gulę. Stałam w kuchni, ściskając telefon tak mocno, że aż zbielały mi knykcie. Po drugiej stronie słyszałam tylko ciężki oddech mojej mamy.

– Karolina, już ci mówiłam. Ja swoje dzieci wychowałam. Teraz chcę odpocząć. Nie jestem niańką – odpowiedziała chłodno, jakby nie chodziło o jej wnuki, tylko o jakieś obce dzieci.

Zamknęłam oczy, żeby nie rozpłakać się od razu. W głowie miałam obraz mojego męża, Pawła, jak jeszcze rok temu śmiał się z naszymi dziećmi w salonie. Zginął nagle – wypadek samochodowy na trasie do pracy. Od tamtej pory wszystko się posypało. Zostałam sama z trójką dzieci: siedmioletnią Zosią, pięcioletnim Antkiem i dwuletnią Marysią. Każdy dzień to walka o przetrwanie.

Po śmierci Pawła myślałam, że mama mi pomoże. Przecież zawsze powtarzała, że rodzina jest najważniejsza. Ale kiedy poprosiłam ją pierwszy raz o opiekę nad dziećmi, spojrzała na mnie z wyrzutem.

– Ty sobie nie radzisz? Ja całe życie pracowałam i wychowywałam ciebie i twoją siostrę bez niczyjej pomocy – rzuciła z pogardą.

Od tamtej pory każda rozmowa kończy się kłótnią albo milczeniem. Moja siostra Marta mieszka w Krakowie i ma własną rodzinę. Dzwoni rzadko, zawsze spieszy się do pracy albo na zajęcia dzieci. Zostałam sama.

Pracuję w sklepie spożywczym na osiedlu. Kierowniczka, pani Teresa, czasem pozwala mi przyjść później albo wyjść wcześniej, ale nie mogę nadużywać jej cierpliwości. Wynajmuję dwupokojowe mieszkanie w bloku z wielkiej płyty na warszawskiej Pradze. Czynsz, rachunki, przedszkole dla Antka i żłobek dla Marysi – wszystko kosztuje więcej niż zarabiam.

Wieczorami siedzę przy kuchennym stole i liczę każdy grosz. Dzieci śpią w jednym pokoju, ja w drugim na rozkładanej kanapie. Często płaczę po cichu, żeby nie obudzić dzieci. Najgorsze są noce – wtedy dopada mnie samotność i strach o przyszłość.

Pewnego dnia Zosia wróciła ze szkoły zapłakana.

– Mamo, pani powiedziała, że mam przynieść zdjęcie z babcią na Dzień Babci… A babcia nie chce ze mną być…

Przytuliłam ją mocno. Co miałam powiedzieć? Że babcia nas nie kocha? Że wybrała własny spokój zamiast nas?

– Kochanie, babcia jest zmęczona… Ale ja cię bardzo kocham – wyszeptałam.

Zosia zasnęła wtulona we mnie, a ja długo patrzyłam w sufit, próbując powstrzymać łzy.

W pracy coraz częściej słyszałam szepty za plecami:

– Ta Karolina to chyba sobie nie radzi…
– Dzieciaki wiecznie chore…
– Faceta nie ma, matka jej nie pomaga…

Czułam się jak wyrzutek. Nawet sąsiadki patrzyły na mnie z litością albo wyższością. Jedna z nich, pani Halina z parteru, czasem przynosiła mi zupę albo zapraszała dzieci na chwilę do siebie. Ale nie chciałam nadużywać jej dobroci.

Którego wieczoru zadzwoniła Marta.

– Karolina, mama mówiła mi, że ciągle ją prosisz o pomoc… Może powinnaś zatrudnić opiekunkę?

Zaśmiałam się gorzko.

– Za co? Ledwo starcza mi na jedzenie.
– Może powinnaś wrócić do taty Pawła? On zawsze był dla was dobry…
– Marta! On mieszka 200 kilometrów stąd! Mam rzucić wszystko i jechać na wieś?

Rozłączyłam się bez pożegnania. Czułam się zdradzona przez wszystkich.

Najgorsze przyszło zimą. Marysia zachorowała na zapalenie płuc. Siedziałam z nią w szpitalu przez tydzień. Kierowniczka groziła mi zwolnieniem, bo nie miał mnie kto zastąpić. Mama nawet nie zadzwoniła zapytać o wnuczkę.

Wróciłyśmy do domu wykończone. W lodówce światło, w portfelu 20 złotych do końca tygodnia. Zosia i Antek patrzyli na mnie wielkimi oczami.

– Mamo, jesteśmy głodni…

Zaparzyłam im kaszę manną na wodzie i udawałam przed sobą, że to wystarczy.

Wieczorem zadzwonił dzwonek do drzwi. Otworzyłam – stała mama z siatką zakupów.

– Przyniosłam trochę jedzenia…
– Dziękuję – powiedziałam cicho.
– Karolina… Ja już nie mam siły… Nie chcę się mieszać… Ale nie mogę patrzeć, jak dzieci cierpią…

Nie odpowiedziałam nic. Po prostu zamknęłam drzwi i osunęłam się na podłogę.

Czasem myślę: czy jestem złą córką? Czy powinnam była bardziej walczyć o pomoc? Czy to ja zawiodłam jako matka? A może to świat jest po prostu niesprawiedliwy?

Czy ktoś z was też czuje się czasem tak samotny jak ja? Czy rodzina naprawdę zawsze powinna być najważniejsza?