Kiedy teściowa staje się centrum mojego świata: Czy jestem jeszcze panią własnego życia?

— Marta, czy ty naprawdę nie widzisz, że ta zupa jest za słona? — głos pani Zofii odbijał się echem w ciasnej kuchni. Stałam nad garnkiem, ściskając łyżkę tak mocno, że aż zbielały mi knykcie. Mój mąż, Tomek, udawał, że nie słyszy, chowając się za gazetą w salonie.

To był trzeci tydzień odkąd teściowa zamieszkała z nami. Miała przyjechać tylko na kilka dni po operacji biodra, ale szybko okazało się, że „kilka dni” zamieniło się w nieokreślone „na razie”. Każdego ranka budziłam się z nadzieją, że może dziś będzie lepiej, że może dziś usłyszę od niej choćby jedno dobre słowo. Ale zamiast tego słyszałam: „Marta, firanki są brudne”, „Marta, dzieci za głośno się bawią”, „Marta, Tomek powinien jeść więcej mięsa”.

Pamiętam dzień, kiedy powiedziałam Tomkowi, że nie dam rady dłużej tak żyć. Siedzieliśmy przy stole, dzieci już spały. — Tomek, musimy coś zrobić. Ja… ja nie mam już siły — wyszeptałam. Spojrzał na mnie zmęczonym wzrokiem. — Przecież to moja mama. Nie mogę jej wyrzucić na bruk — odpowiedział cicho. Wtedy poczułam się jak intruz we własnym domu.

Zaczęłam unikać własnej kuchni. Wychodziłam do pracy wcześniej niż zwykle, wracałam później. Dzieci pytały: — Mamo, czemu babcia jest taka smutna? Czemu ty płaczesz w łazience? Nie umiałam im odpowiedzieć.

Pewnego wieczoru usłyszałam rozmowę Tomka z mamą przez uchylone drzwi. — Mamo, może jednak spróbowałabyś wrócić do siebie? Marta jest zmęczona… — zaczął niepewnie. — A ty myślisz tylko o niej! Ja już nie mam nikogo! — krzyknęła pani Zofia. Poczułam ukłucie winy i złość jednocześnie.

W pracy zaczęłam popełniać błędy. Szefowa zaprosiła mnie na rozmowę: — Marta, co się dzieje? Zawsze byłaś taka sumienna… — Nie umiałam jej odpowiedzieć. W głowie miałam tylko jedno: czy jestem złą żoną i matką, skoro nie potrafię zaakceptować teściowej pod swoim dachem?

W weekendy próbowałam uciekać z dziećmi do parku. Siedzieliśmy na ławce pod kasztanem i patrzyliśmy na innych rodziców. Zazdrościłam im lekkości bycia razem. Kiedy wracaliśmy do domu, czułam jakby ktoś zakładał mi na szyję niewidzialny sznur.

Najgorsze były wieczory. Siedziałam w łazience na zimnych kafelkach i płakałam w ciszy. Czasem wyobrażałam sobie, że pakuję walizkę i wyjeżdżam gdzieś daleko — do siostry do Gdańska albo nawet za granicę. Ale potem widziałam twarze dzieci i wiedziałam, że nie mogę ich zostawić.

Któregoś dnia starsza córka przyniosła mi rysunek: trzy osoby trzymające się za ręce i jedna stojąca z boku. — To my z tatą i Olą… a to babcia — powiedziała cicho. — A gdzie ja? — zapytałam. — Ty jesteś w pracy albo w łazience — odpowiedziała szczerze.

Tej nocy długo rozmawiałam z Tomkiem. — Tomek, ja naprawdę nie wiem już kim jestem w tym domu. Czuję się jak cień. Twoja mama jest wszędzie, a ja… ja znikam — powiedziałam przez łzy. On milczał długo, potem tylko mnie przytulił.

Kilka dni później przyszła sąsiadka, pani Halina. — Marta, widzę jak biegasz po schodach z siatkami, jak dzieci patrzą na ciebie smutno przez okno… Może czasem trzeba pomyśleć o sobie? — szepnęła mi do ucha.

Zaczęłam szukać pomocy w internecie, na forach dla kobiet w podobnej sytuacji. Okazało się, że takich jak ja są setki. Pisały o tym, jak trudno jest postawić granice między pomocą a poświęceniem siebie.

W końcu zebrałam się na odwagę i zaproponowałam Tomkowi wspólną rozmowę z jego mamą i psychologiem rodzinnym. Było ciężko — łzy, krzyki, żale wypowiadane po latach milczenia. Ale pierwszy raz poczułam ulgę.

Dziś pani Zofia mieszka sama dwa przystanki dalej. Odwiedzamy ją często z dziećmi, ale wracając do domu czuję spokój. Czasem jeszcze budzę się w nocy zlękniona, że wszystko wróci do dawnego stanu.

Czy można być dobrą synową i jednocześnie nie zatracić siebie? Czy każda kobieta musi wybierać między rodziną a własnym szczęściem? Czekam na wasze historie i rady – może razem znajdziemy odpowiedź.