„Wstań i zrób mi kawę!” – Jak mój zięć wywrócił nasz dom do góry nogami w dwa tygodnie i gdzie kończy się granica rodziny
– Wstań i zrób mi kawę! – usłyszałam głos Pawła, mojego zięcia, zanim jeszcze zdążyłam otworzyć oczy. Był poniedziałek, szósta rano. Przez chwilę myślałam, że to sen, ale kiedy zobaczyłam jego sylwetkę w drzwiach sypialni, wiedziałam, że to rzeczywistość. Spojrzałam na męża, który tylko przewrócił się na drugi bok, udając, że nie słyszy.
– Słyszysz mnie? – Paweł podniósł głos. – Kawa! I najlepiej śniadanie, bo zaraz muszę jechać do pracy.
Z trudem podniosłam się z łóżka. W kuchni już czekała na mnie córka, Ania, z podkrążonymi oczami.
– Mamo, przepraszam… On jest po prostu zmęczony – szepnęła, ale jej głos był pełen rezygnacji.
Nie odpowiedziałam. Zaparzyłam kawę, usmażyłam jajecznicę i postawiłam wszystko na stole. Paweł nawet nie spojrzał w moją stronę. Zjadł w milczeniu, po czym rzucił:
– Następnym razem poproszę o więcej soli.
To był dopiero początek. Dwa tygodnie temu Ania zadzwoniła z płaczem: „Mamo, Paweł stracił pracę, nie mamy za co żyć. Czy możemy się na chwilę wprowadzić?” Oczywiście się zgodziłam. Przecież rodzina to rodzina. Ale nie spodziewałam się, że nasze spokojne życie zamieni się w pole bitwy.
Paweł od pierwszego dnia zachowywał się jak pan domu. Rozstawiał wszystkich po kątach, komentował każdy szczegół: „Dlaczego tu jest tak brudno?”, „Czemu nie ma świeżego chleba?”, „Kto tak gotuje ziemniaki?” Mój mąż, Andrzej, próbował raz zwrócić mu uwagę:
– Paweł, trochę szacunku. To nie twój dom.
Paweł tylko wzruszył ramionami:
– Ale tu mieszkam i chcę mieć wygodnie.
Ania coraz częściej płakała po nocach. Słyszałam jej cichy szloch przez cienką ścianę. Próbowałam z nią rozmawiać:
– Córeczko, dlaczego to znosisz?
– Bo go kocham… I boję się zostać sama – odpowiadała szeptem.
Czułam narastającą bezsilność. Każdego dnia Paweł przesuwał granice: przestawiał meble w salonie bez pytania, wyrzucił moje ulubione kwiaty z parapetu („Zajmują miejsce!”), a nawet zaczął komentować mój wygląd:
– Może byś się czasem uczesała? Gości mamy w domu!
Gości…
Najgorsze były wieczory. Kiedy wracał z rozmów o pracę (z których żadna nie kończyła się sukcesem), siadał przed telewizorem i wymagał ciszy. Mój wnuk Staś bał się wtedy oddychać głośniej. Raz usłyszałam, jak Paweł syknął do niego:
– Zamknij się wreszcie! Nie widzisz, że oglądam?
Serce mi pękało. Staś miał dopiero pięć lat i nie rozumiał tej nowej rzeczywistości.
Pewnego wieczoru nie wytrzymałam. Paweł znów krzyczał na Anię o źle wyprasowaną koszulę. Wbiegłam do kuchni i powiedziałam stanowczo:
– Dość! To jest mój dom i nie pozwolę ci tak traktować mojej córki ani wnuka!
Paweł spojrzał na mnie z pogardą:
– To może nas wyrzućcie? I zobaczymy, jak sobie poradzicie bez nas!
Ania zaczęła płakać jeszcze głośniej. Andrzej wszedł do kuchni i po raz pierwszy od lat podniósł głos:
– Paweł, jeśli jeszcze raz podniesiesz głos na moją żonę albo córkę, możesz się pakować!
Zapadła cisza. Paweł wyszedł trzaskając drzwiami.
Następnego dnia Ania przyszła do mnie blada jak ściana.
– Mamo… On mówi, że jeśli go wyrzucicie, zabierze Stasia i już nigdy go nie zobaczę.
Poczułam lodowaty strach. Wiedziałam, że muszę działać ostrożnie. Zadzwoniłam do mojej siostry, prawniczki:
– Marysiu, co mam robić? On grozi Ani odebraniem dziecka!
Marysia poradziła: „Nie daj się zastraszyć. Jeśli będzie trzeba – zgłosimy sprawę na policję.”
Tej nocy długo nie spałam. W głowie kłębiły mi się myśli: gdzie popełniłam błąd jako matka? Czy powinnam była wcześniej reagować? Czy naprawdę rodzina powinna znosić wszystko w imię miłości?
W końcu podjęliśmy decyzję: Paweł musi się wyprowadzić. Następnego dnia rano Andrzej postawił sprawę jasno:
– Masz tydzień na znalezienie sobie miejsca. Ani dnia dłużej.
Paweł próbował jeszcze szantażować Anię łzami i groźbami, ale tym razem była silniejsza. Pomogłyśmy jej znaleźć wsparcie psychologa i prawnika. Po tygodniu Paweł spakował walizki i wyszedł bez słowa.
W domu zapanowała cisza – inna niż wcześniej. Pełna ulgi i smutku jednocześnie. Ania długo dochodziła do siebie, Staś powoli odzyskiwał radość życia.
Często wracam myślami do tych dwóch tygodni piekła i pytam siebie: czy naprawdę trzeba znosić wszystko dla rodziny? Gdzie kończy się granica wytrzymałości matki? Może czasem trzeba powiedzieć „dość”, żeby uratować tych, których kochamy najbardziej?