Ten dzień, kiedy tata odszedł – historia, która rozdarła naszą rodzinę

– Nie wierzę ci, tato. Po prostu nie wierzę – powiedziałam przez zaciśnięte zęby, patrząc na niego z drugiego końca stołu. W pokoju unosił się zapach świeżo upieczonego sernika i wódki, którą wujek Andrzej właśnie rozlewał do kieliszków. Mama stała nieruchomo przy kuchence, a jej ręce drżały tak bardzo, że kawałek tortu spadł na podłogę.

To miały być zwyczajne urodziny. Tata kończył 51 lat. Zebraliśmy się wszyscy – ja, mój młodszy brat Kuba, babcia Zosia, ciocia Ela z mężem i kuzynką. Było gwarno, ciepło, trochę ciasno w naszym mieszkaniu na warszawskim Ursynowie. Wszyscy śmiali się z żartów taty, który zawsze potrafił rozładować napięcie. Ale tego dnia nie było śmiechu. Była cisza, która dźwięczała w uszach jak syrena alarmowa.

– Przepraszam was – powiedział tata cicho, nie patrząc nikomu w oczy. – Podjąłem decyzję. Odchodzę. Nie mogę już dłużej udawać.

Mama upuściła widelec. Kuba spojrzał na mnie z przerażeniem. Babcia zaczęła szeptać pod nosem modlitwę. Ja poczułam, jakby ktoś wyciągnął mi dywan spod nóg.

– Co ty wygadujesz? – Mama próbowała zachować spokój, ale jej głos drżał. – Przecież… przecież wszystko jest dobrze. Może nie idealnie, ale…

Tata pokręcił głową.

– Nie jest dobrze, Marysiu. Od lat nie jest dobrze. Próbowałem… Naprawdę próbowałem.

Wszyscy patrzyli na niego jak na obcego człowieka. Ja czułam w sobie narastającą falę gniewu.

– I co teraz? Po prostu wyjdziesz? Zostawisz nas? – wykrztusiłam.

Tata spojrzał na mnie z bólem.

– Muszę… dla siebie. I dla was też.

Mama zaczęła płakać. Wyszła do łazienki i zatrzasnęła drzwi. Babcia próbowała ją pocieszać przez zamknięte drzwi, a ciocia Ela zbierała talerze ze stołu, jakby to miało coś zmienić.

Zostałam sama z tatą i Kubą.

– Dlaczego teraz? – spytałam cicho.

Tata westchnął.

– Bo już dłużej nie mogę udawać. Przepraszam.

Kuba zaczął płakać. Przytuliłam go mocno, choć sama miałam ochotę krzyczeć i rzucać talerzami o ścianę.

Przez kolejne dni dom był jak po wybuchu bomby. Mama chodziła jak cień samej siebie, nie gotowała, nie sprzątała, tylko siedziała na kanapie i patrzyła w okno. Tata spał w salonie na kanapie, zanim znalazł sobie kawalerkę na Mokotowie. Kuba zamknął się w swoim pokoju i grał godzinami na komputerze.

Pewnego wieczoru usłyszałam rozmowę rodziców przez cienką ścianę.

– Błagam cię, Janku… poczekaj jeszcze rok – szeptała mama przez łzy. – Może coś się zmieni… Może jeszcze się odnajdziemy…

– Marysiu… nie chcę cię ranić. Ale to już nie ma sensu – odpowiedział tata zmęczonym głosem.

– Dla dzieci… dla rodziny…

– Dla dzieci lepiej będzie, jeśli przestaniemy się ranić.

Zacisnęłam pięści pod kołdrą. Jak on może mówić, że to dla nas lepiej? Czy ktoś mnie pytał?

W szkole zaczęłam unikać znajomych. Nie chciałam słuchać pytań: „Co u ciebie?”, „Czemu jesteś taka smutna?”. Najlepsza przyjaciółka, Magda, próbowała mnie wyciągnąć na pizzę albo do kina.

– Daj mi spokój! – krzyknęłam kiedyś na nią bez powodu.

– Co się z tobą dzieje? – spytała z wyrzutem.

Nie odpowiedziałam. Bałam się, że jeśli zacznę mówić, rozpadnę się na kawałki.

W domu było coraz gorzej. Mama przestała chodzić do pracy na kilka tygodni – dostała zwolnienie lekarskie od psychiatry. Tata przychodził tylko po rzeczy i zostawiał pieniądze na stole. Kuba zamknął się w sobie jeszcze bardziej.

Pewnego dnia mama zebrała nas w kuchni.

– Musimy sobie jakoś poradzić – powiedziała cicho. – Nie możemy pozwolić, żeby to nas zniszczyło.

Patrzyłam na nią i widziałam cień kobiety, którą kiedyś była – silnej, uśmiechniętej mamy, która zawsze miała dla nas czas i energię.

Zaczęłam pisać pamiętnik. Wylewałam tam całą swoją złość i żal:

„Nienawidzę go za to, co nam zrobił. Nienawidzę siebie za to, że nie potrafię nic zmienić.”

Mijały miesiące. Tata coraz rzadziej dzwonił. Mama powoli wracała do pracy i zaczynała spotykać się z koleżankami z dawnych lat. Kuba zaczął chodzić na terapię szkolną po tym, jak przyłapali go na paleniu papierosów za szkołą.

Ja… ja próbowałam odnaleźć siebie w tym wszystkim. Zaczęłam biegać wieczorami po parku przy metrze Imielin – tylko wtedy czułam się wolna od myśli i emocji, które mnie przytłaczały.

Pewnego dnia spotkałam tatę przypadkiem w sklepie spożywczym.

– Cześć… – powiedział niepewnie.

– Cześć – odpowiedziałam chłodno.

– Jak się trzymasz?

Wzruszyłam ramionami.

– Jakoś…

Patrzył na mnie długo.

– Wiem, że cię zawiodłem…

Nie odpowiedziałam. Chciałam mu powiedzieć wszystko: jak bardzo mnie zranił, jak bardzo tęsknię za dawnym życiem… Ale słowa ugrzęzły mi w gardle.

Wyszłam ze sklepu i długo płakałam na ławce pod blokiem.

Minął rok od tamtych urodzin. Mama zaczęła się uśmiechać częściej niż kiedyś. Kuba zdał do następnej klasy i znalazł nowych kolegów. Ja powoli zaczynałam godzić się z tym, że życie już nigdy nie będzie takie samo.

Czasem zastanawiam się: czy można naprawdę wybaczyć komuś taką zdradę? Czy rodzina to coś więcej niż wspólne mieszkanie i zdjęcia na ścianie? Może czasem trzeba pozwolić odejść temu, co boli najbardziej… Ale czy wtedy naprawdę jesteśmy wolni?