Synowa powiedziała mi prosto w oczy, że przeszkadzam w ich małżeństwie. Najgorsze było to, że mój syn milczał.
– Przeszkadza pani w naszym małżeństwie.
Te słowa spadły na mnie jak grad w środku lata. Stałyśmy naprzeciwko siebie w kuchni mojego syna, przy stole, który kiedyś sama wybierałam, pomagając im urządzać pierwsze mieszkanie. W głowie dzwoniło mi jedno pytanie: czy naprawdę to powiedziała na głos? Czy ja dobrze słyszę?
Spojrzałam na mojego syna. Siedział obok, oparty o blat, z opuszczoną głową. Nie patrzył ani na mnie, ani na swoją żonę. Milczał. To bolało najbardziej.
– Michał, powiedz coś – wyszeptałam, czując jak łzy napływają mi do oczu.
On tylko wzruszył ramionami i spojrzał gdzieś w bok, jakby nagle znalazł coś bardzo interesującego na ścianie. Zosia stała wyprostowana, z zaciśniętymi ustami i wzrokiem wbitym we mnie. Przez chwilę miałam ochotę wyjść bez słowa, ale nogi odmówiły mi posłuszeństwa.
– Przepraszam, jeśli… jeśli coś zrobiłam nie tak – zaczęłam niepewnie. – Chciałam tylko pomóc…
Zosia westchnęła głośno.
– Pani zawsze wszystko wie lepiej. Michał nie jest już dzieckiem. Może sam decydować o swoim życiu.
Poczułam się, jakby ktoś uderzył mnie w twarz. Przypomniałam sobie wszystkie te lata, kiedy Michał był mały i chory, kiedy siedziałam przy jego łóżku po nocach, kiedy uczyłam go jeździć na rowerze, kiedy płakał po pierwszym rozstaniu z dziewczyną. Czy naprawdę teraz byłam tylko przeszkodą?
– Michał…
– Mamo, może rzeczywiście powinnaś… trochę się odsunąć – powiedział cicho, nie patrząc mi w oczy.
Serce mi pękło. W jednej chwili poczułam się jak intruz we własnej rodzinie. Przypomniałam sobie, jak jeszcze niedawno Zosia dzwoniła do mnie z pytaniami o przepisy na ciasta, jak razem śmiałyśmy się przy kuchennym stole. Co się zmieniło? Czy naprawdę byłam zbyt obecna? Czy moje rady były niechciane?
Wyszłam z kuchni bez słowa. W przedpokoju usiadłam na ławce i próbowałam złapać oddech. Słyszałam ich ciche rozmowy za drzwiami, ale nie rozumiałam już ani słowa. Wzięłam płaszcz i wyszłam na klatkę schodową.
Na dworze padał deszcz. Szłam powoli przez osiedle, mijając place zabaw i ławki, na których kiedyś siedziałam z Michałem. W głowie miałam mętlik. Czy naprawdę byłam winna temu wszystkiemu? Czy to ja byłam problemem?
Wieczorem zadzwoniła do mnie moja siostra, Basia.
– Co się stało? Słyszę po głosie, że coś jest nie tak.
Opowiedziałam jej wszystko. Basia milczała przez chwilę.
– Może rzeczywiście powinnaś dać im trochę przestrzeni? – zapytała ostrożnie.
– Ale ja tylko chciałam pomóc…
– Wiem, Haniu. Ale młodzi są teraz inni. Chcą sami decydować o swoim życiu.
Przez kolejne dni nie mogłam spać. Przewracałam się z boku na bok, analizując każde słowo, każdy gest. Przypominałam sobie wszystkie spotkania rodzinne, święta, urodziny wnuczki Oliwki. Czy naprawdę byłam zbyt nachalna? Czy moje rady były niepotrzebne?
Po tygodniu Michał zadzwonił.
– Mamo… Możemy porozmawiać?
Spotkaliśmy się w kawiarni niedaleko jego pracy. Był spięty i unikał mojego wzroku.
– Zosia jest zmęczona twoją obecnością – powiedział bez ogródek. – Ciągle komentujesz wszystko, co robi. Czuję się między wami jak piłka pingpongowa.
Poczułam gulę w gardle.
– Nie chciałam… Naprawdę nie chciałam was zranić.
Michał spojrzał na mnie smutno.
– Wiem, mamo. Ale musisz pozwolić nam żyć po swojemu.
Wróciłam do domu i długo siedziałam przy oknie, patrząc na szare blokowisko. Czułam się samotna jak nigdy dotąd. Mój mąż zmarł kilka lat temu, a Michał był moim jedynym dzieckiem. Całe życie poświęciłam rodzinie – teraz miałam zostać sama?
Zaczęłam unikać wizyt u nich. Przestałam dzwonić codziennie. Czekałam aż sami się odezwą. Tęskniłam za wnuczką, za jej śmiechem i ciepłem małych rączek obejmujących moją szyję.
Pewnego dnia dostałam wiadomość od Zosi: „Oliwka pyta o babcię”.
Serce mi zadrżało. Odpisałam krótko: „Tęsknię za nią”.
Po kilku dniach zaprosili mnie na obiad. Siedzieliśmy przy tym samym stole co zawsze, ale atmosfera była inna – chłodna i napięta. Oliwka rzuciła mi się na szyję.
– Babciu! Dlaczego cię nie było?
Zosia patrzyła na mnie uważnie.
– Chcemy spróbować jeszcze raz – powiedziała cicho. – Ale musimy ustalić granice.
Przytaknęłam ze łzami w oczach.
Od tamtej pory staram się być mniej obecna. Nie komentuję wyborów Zosi i Michała, nie doradzam bez pytania. Czasem czuję się niepotrzebna, czasem tęsknię za dawną bliskością. Ale wiem już jedno: rodzina to nie tylko obecność – to także umiejętność odejścia na drugi plan.
Czy naprawdę można być zbyt kochającą matką? Czy zawsze trzeba umieć odpuścić? Czasem myślę: czy to ja zawiodłam jako matka… czy po prostu taka jest kolej rzeczy?