Poprosiłam teściową o pomoc przy synu. Jej odpowiedź rozbiła naszą rodzinę – i mnie samą
– Nie mogę, Marto. Mam swoje sprawy – usłyszałam, stojąc w kuchni z telefonem przy uchu. Głos teściowej był chłodny, niemal obojętny. Przez chwilę miałam wrażenie, że nie rozumie, jak bardzo potrzebuję pomocy. Mój trzyletni syn, Staś, płakał w drugim pokoju, a ja czułam, jak narasta we mnie bezradność.
– Mamo, naprawdę nie mam nikogo innego. Michał jest w delegacji, a ja muszę iść do lekarza. To tylko dwie godziny – próbowałam jeszcze raz, choć wiedziałam już, że to nie ma sensu.
– Marto, nie jestem niańką. Sama wychowałam dwójkę dzieci bez niczyjej pomocy. Ty też dasz radę – odpowiedziała i rozłączyła się bez pożegnania.
Patrzyłam na wyświetlacz telefonu z niedowierzaniem. W głowie dudniły mi jej słowa: „Nie jestem niańką”. Czy naprawdę tak mnie postrzega? Czy jestem dla niej tylko żoną jej syna, która od czasu do czasu czegoś chce? Łzy napłynęły mi do oczu – ze złości, żalu i poczucia osamotnienia.
Staś wtulił się we mnie, szlochając cicho. „Mama, nie płacz” – powiedział swoim dziecięcym głosikiem. Usiadłam na podłodze i mocno go przytuliłam. W tej chwili poczułam się bardziej samotna niż kiedykolwiek wcześniej.
Wieczorem Michał zadzwonił z hotelu w Poznaniu. Opowiedziałam mu o rozmowie z jego mamą. Spodziewałam się wsparcia, ale usłyszałam tylko:
– Wiesz, mama zawsze była twarda. Może za bardzo na nią liczysz? Przecież wiedziałaś, jaka jest.
Zamilkłam. Zamiast wsparcia dostałam kolejne potwierdzenie tego, że jestem sama ze swoimi problemami. Przez kolejne dni unikałam kontaktu z teściową. W głowie kłębiły mi się pytania: czy przesadzam? Czy naprawdę wymagam za dużo?
W weekend Michał wrócił do domu. Atmosfera była napięta. Przy śniadaniu zapytał:
– Zadzwoniłaś do mamy? Może powinnaś przeprosić za ton?
Spojrzałam na niego z niedowierzaniem.
– Za co mam przepraszać? Że poprosiłam o pomoc?
– Może poczuła się osaczona. Wiesz, ona nie lubi być stawiana pod ścianą.
Zacisnęłam pięści pod stołem. Zawsze to ja musiałam ustępować, przepraszać, łagodzić konflikty. A co ze mną? Kto mnie wysłucha?
Następnego dnia teściowa przyszła bez zapowiedzi. Stała w drzwiach z torbą zakupów.
– Przyniosłam trochę rzeczy dla Stasia – powiedziała chłodno.
– Dziękuję – odpowiedziałam równie chłodno.
Usiadłyśmy w kuchni w niezręcznej ciszy. W końcu odezwała się pierwsza:
– Wiem, że jesteś zmęczona. Ale ja też mam swoje życie. Nie chcę być tylko babcią na telefon.
Zacisnęłam usta.
– Ja nie chcę cię wykorzystywać. Ale czasem naprawdę potrzebuję pomocy – powiedziałam cicho.
Spojrzała na mnie uważnie.
– Może powinnaś nauczyć się radzić sobie sama. Ja nie miałam nikogo.
Poczułam, jak narasta we mnie gniew.
– Ale czasy się zmieniły! Teraz ludzie sobie pomagają! – wybuchłam.
Teściowa wzruszyła ramionami i wyszła bez słowa.
Przez kolejne tygodnie nasze relacje były napięte jak struna. Michał coraz częściej uciekał do pracy, a ja czułam się coraz bardziej niewidzialna. Zaczęłam unikać spotkań rodzinnych, tłumacząc się zmęczeniem lub chorobą Stasia.
Pewnego wieczoru zadzwoniła moja mama.
– Martuś, co się dzieje? Słyszałam od cioci Krysi, że coś u was nie tak…
Wybuchłam płaczem. Opowiedziałam jej wszystko – o rozmowie z teściową, o braku wsparcia ze strony Michała, o tym, jak bardzo czuję się sama.
– Kochanie… – westchnęła mama – czasem trzeba postawić granice. Nie możesz ciągle prosić i błagać. Jesteś silniejsza niż myślisz.
Tej nocy długo nie mogłam zasnąć. Myśli kłębiły mi się w głowie: czy rzeczywiście powinnam przestać liczyć na innych? Czy to znaczy, że już zawsze będę sama?
Następnego dnia postanowiłam działać. Znalazłam ogłoszenie o sąsiedzkiej wymianie opieki nad dziećmi i napisałam do kilku mam z okolicy. Okazało się, że nie tylko ja mam problem z brakiem wsparcia rodziny. Spotkałyśmy się w parku – pięć kobiet z dziećmi w różnym wieku, każda z własną historią rozczarowania i samotności.
Zaczęłyśmy sobie pomagać: raz ja zostawałam z dziećmi, innym razem ktoś inny brał Stasia na spacer czy do siebie na kilka godzin. Poczułam ulgę – nie jestem sama! Są ludzie, którzy rozumieją i nie oceniają.
Po kilku tygodniach teściowa zadzwoniła:
– Słyszałam od Michała, że masz jakieś nowe koleżanki…
– Tak, pomagamy sobie nawzajem – odpowiedziałam spokojnie.
– No widzisz… można sobie radzić bez rodziny – powiedziała z lekkim wyrzutem.
Uśmiechnęłam się do siebie smutno.
– Tak, można – odpowiedziałam cicho i po raz pierwszy poczułam się wolna od jej oczekiwań.
Dziś wiem jedno: czasem trzeba przestać prosić tych, którzy nie chcą pomóc i znaleźć siłę tam, gdzie się jej nie spodziewamy. Ale czy to znaczy, że rodzina przestaje być ważna? Czy naprawdę musimy być samowystarczalne za wszelką cenę?