Nigdy nie byłam prawdziwą babcią dla wnuczki – a teraz to ja jestem winna? Poruszająca spowiedź polskiej teściowej

– Mamo, możesz przyjechać jutro na dziewiątą? – głos mojego syna, Pawła, drżał lekko, jakby bał się mojej odpowiedzi. Stałam przy kuchennym oknie, patrząc na mokre od deszczu podwórko. Przez chwilę milczałam, bo w tej jednej sekundzie wróciły do mnie wszystkie te lata, kiedy czekałam na taki telefon. Sześć lat. Sześć długich lat, odkąd urodziła się Zosia i odkąd stałam się babcią tylko z nazwy.

– Oczywiście, Pawełku – odpowiedziałam cicho, starając się ukryć drżenie głosu. – A co z Anią? – dodałam po chwili.

– Ania wraca do pracy. Potrzebujemy kogoś do Zosi na kilka tygodni, zanim znajdziemy przedszkole. Wiesz… nie mamy nikogo innego.

Nie mamy nikogo innego. Te słowa zabolały mnie bardziej niż chciałam przyznać. Przez sześć lat byłam dla nich nikim. Owszem, zapraszali mnie na święta, czasem na urodziny Zosi, ale zawsze czułam się jak gość. Nigdy nie pozwolili mi zostać z wnuczką sam na sam. Zawsze była Ania albo Paweł. Zawsze ktoś patrzył mi na ręce.

Pamiętam pierwszy raz, kiedy zaproponowałam, że zabiorę Zosię na spacer do parku. Ania spojrzała na mnie z nieufnością.

– Może lepiej pójdziemy razem? – powiedziała wtedy. – Zosia jest jeszcze mała.

Zgodziłam się, choć serce mi pękało. Chciałam być babcią taką, jaką była moja mama dla moich dzieci – ciepłą, obecna, ważną. Ale Ania zawsze trzymała mnie na dystans. Paweł był między nami – próbował łagodzić napięcia, ale nigdy nie stanął po mojej stronie.

Z czasem przestałam się narzucać. Przestałam dzwonić co tydzień i pytać, czy mogę przyjechać. Przestałam kupować prezenty bez okazji, bo widziałam, jak Ania je odkłada na półkę i mówi: „Może później”. Przestałam marzyć o tym, że Zosia będzie do mnie mówić „babciu” z czułością.

A teraz nagle jestem im potrzebna. Bo Ania wraca do pracy i nie mają nikogo innego.

Tej nocy nie mogłam zasnąć. Leżałam w łóżku i patrzyłam w sufit. W głowie kłębiły mi się pytania: Czy to ja zrobiłam coś nie tak? Czy byłam zbyt nachalna? Czy powinnam była walczyć o kontakt z wnuczką mocniej? A może po prostu nigdy mnie nie chcieli?

Rano pojechałam do nich z duszą na ramieniu. Zosia otworzyła mi drzwi – wyrosła na śliczną dziewczynkę o wielkich oczach Pawła. Uśmiechnęła się nieśmiało.

– Dzień dobry…

– Dzień dobry, Zosiu – odpowiedziałam, próbując ukryć wzruszenie.

Ania była już gotowa do wyjścia. Spojrzała na mnie chłodno.

– Wszystko jest w lodówce. Zosia ma alergię na orzechy, pamiętaj. O 12:00 obiad, potem bajka i drzemka. Proszę nie wychodzić z nią na plac zabaw bez mojego pozwolenia.

Poczułam się jak opiekunka zatrudniona przez agencję, a nie babcia. Ale kiwnęłam głową i powiedziałam tylko:

– Oczywiście.

Kiedy zostałyśmy same z Zosią, próbowałam nawiązać rozmowę.

– Może porysujemy razem?

Zosia skinęła głową i podała mi kredki. Siedziałyśmy przy stole w ciszy. Patrzyłam na nią ukradkiem – była taka poważna jak na sześciolatkę.

– Babciu… – powiedziała nagle cicho. – Dlaczego nigdy nie przychodzisz?

Zatkało mnie. Co miałam jej odpowiedzieć? Że nie pozwalano mi być blisko? Że jej mama mnie nie chciała?

– Czasem dorośli mają różne sprawy… – wymamrotałam.

Przez kolejne dni powtarzał się ten sam schemat: przychodziłam rano, Ania zostawiała mi listę instrukcji i wychodziła do pracy. Paweł był coraz bardziej spięty; widziałam to w jego oczach, kiedy wracał wieczorem i pytał: „Jak było?”

Pewnego dnia usłyszałam ich rozmowę przez uchylone drzwi sypialni:

– Nie rozumiem, dlaczego tak jej nie ufasz – mówił Paweł szeptem.

– Bo ona zawsze wszystko robi po swojemu! Nie chcę, żeby Zosia jadła te jej pierogi albo oglądała bajki cały dzień! – syknęła Ania.

– Ale przecież to jej babcia…

– To twoja matka! Ja jej nie znam!

Zacisnęłam pięści tak mocno, że aż zabolało. Czy naprawdę byłam dla nich obca przez te wszystkie lata? Czy to możliwe, że własny syn nigdy nie miał odwagi stanąć po mojej stronie?

Zosia coraz częściej pytała o mnie: „Babciu, a możesz zostać dłużej?”, „Babciu, a opowiesz mi bajkę?”. Czułam, jak rodzi się między nami więź – ta sama więź, której tak bardzo pragnęłam od początku.

Ale wiedziałam też, że to wszystko jest kruche. Że wystarczy jedno potknięcie i znów zostanę odsunięta.

Któregoś dnia Ania wróciła wcześniej z pracy i zobaczyła nas w ogrodzie – Zosia biegała boso po trawie, śmiała się w głos.

– Co ty wyprawiasz?! – krzyknęła do mnie. – Przecież mówiłam, żeby nie wychodzić!

Zosia rozpłakała się ze strachu. Ja stałam jak skamieniała.

– Przepraszam… Chciałyśmy tylko trochę świeżego powietrza…

Ania spojrzała na mnie z pogardą.

– Lepiej już idź do domu.

Wróciłam do pustego mieszkania i długo płakałam. Czułam się upokorzona i niepotrzebna.

Następnego dnia Paweł zadzwonił:

– Mamo… Ania uważa, że lepiej będzie znaleźć nianię. Przepraszam…

Nie odpowiedziałam nic. Po prostu odłożyłam słuchawkę.

Dziś mijają dwa tygodnie od tamtego dnia. Nikt do mnie nie zadzwonił. Nikt nie zapytał, jak się czuję.

Czy naprawdę jestem winna temu wszystkiemu? Czy mogłam zrobić coś inaczej? A może po prostu nigdy nie miałam szansy być prawdziwą babcią?

Czy ktoś z was też czuje się czasem obcy we własnej rodzinie?