Nie kupiliśmy tego domu dla nich – kiedy teściowie wprowadzają się bez zapowiedzi
— Katarzyna, musimy porozmawiać — głos Piotra brzmiał dziwnie poważnie, gdy wrócił z pracy. Stałam w kuchni, mieszając zupę dla dzieci, a w powietrzu unosił się zapach koperku. Spojrzałam na niego z niepokojem. — Co się stało? — zapytałam, próbując nie okazać lęku.
Nie odpowiedział od razu. Wziął głęboki oddech i usiadł przy stole. — Moi rodzice… mają problem. Tata stracił pracę, mama jest po operacji biodra. Nie mogą już mieszkać sami. Chcą się do nas wprowadzić… na jakiś czas.
Zamarłam. Przez chwilę słyszałam tylko bulgotanie zupy i śmiech dzieci z pokoju obok. — Piotrze, przecież… przecież nie mamy miejsca. To nasz dom, nasza przestrzeń. Nie kupiliśmy tego domu dla nich — powiedziałam cicho, czując jak ściska mnie w gardle.
— Wiem, Kasiu, ale nie mają dokąd pójść. To tylko na chwilę…
Nie odpowiedziałam. Wiedziałam, że „chwila” w polskich rodzinach potrafi trwać latami.
Dwa dni później wszystko było już postanowione. Teściowie pojawili się z walizkami i naręczem kwiatów. Teściowa — pani Halina — od razu zaczęła komentować: — O, widzę, że kuchnia mogłaby być większa… A dzieci mają tylko jeden pokój? No cóż, jakoś się pomieścimy.
Od tamtej pory nic już nie było takie samo. Każdy dzień przynosił nowe napięcia. Rano w łazience kolejka — teść narzekał na moje „zbyt długie prysznice”, a teściowa krytykowała moje metody wychowawcze. — Katarzyno, dzieci powinny jeść więcej mięsa! — powtarzała przy każdym obiedzie.
Piotr próbował łagodzić sytuację, ale coraz częściej zamykał się w swoim gabinecie pod pretekstem pracy zdalnej. Ja zostawałam sama na polu bitwy.
Pewnego wieczoru usłyszałam rozmowę teściów w ich pokoju:
— Halinko, myślisz, że długo tu wytrzymamy?
— A gdzie pójdziemy? Piotr to nasz syn, ma obowiązek się nami zająć.
Zacisnęłam pięści. Czy naprawdę jestem tylko dodatkiem do ich syna? Czy nikt nie widzi, że to ja gotuję, sprzątam, organizuję życie wszystkim?
Dzieci zaczęły się skarżyć: — Mamo, babcia nie pozwala nam oglądać bajek! Dziadek mówi, że mamy za dużo zabawek!
Czułam się coraz bardziej osaczona we własnym domu. Nawet wieczorne rozmowy z Piotrem zamieniły się w ciche kłótnie:
— Kasiu, oni są starzy, potrzebują pomocy.
— A ja? Ja też potrzebuję wsparcia! Czuję się jak służąca!
Pewnej nocy nie wytrzymałam. Wyszłam na taras i rozpłakałam się jak dziecko. Przypomniałam sobie nasze pierwsze miesiące w tym domu — śmiech dzieci, wspólne śniadania na werandzie, poczucie bezpieczeństwa. Teraz czułam tylko ciężar oczekiwań i presji.
Następnego dnia teściowa weszła do kuchni bez pukania:
— Katarzyno, czy możesz zrobić mi herbatę? I może upieczesz szarlotkę? Piotr zawsze lubił twoją szarlotkę.
Zacisnęłam zęby i zrobiłam herbatę. Ale szarlotki już nie upiekłam.
Zaczęły się drobne wojny podjazdowe: teściowa przestawiała moje garnki i przyprawy, teść zmieniał ustawienie mebli w salonie „bo tak jest wygodniej”. Dzieci były coraz bardziej nerwowe.
W końcu zebrałam się na odwagę i powiedziałam Piotrowi:
— Tak dalej być nie może. Albo ustalimy jasne zasady współżycia, albo…
— Albo co? — przerwał mi ostro.
— Albo ja się wyprowadzę z dziećmi.
Zapadła cisza. Piotr patrzył na mnie długo, jakby widział mnie pierwszy raz w życiu.
Wieczorem usiedliśmy wszyscy przy stole. Drżącym głosem powiedziałam:
— Potrzebujemy zasad. To jest nasz dom i musimy wszyscy się szanować. Nie mogę dłużej udawać, że wszystko jest w porządku.
Teściowa spojrzała na mnie chłodno:
— Myślałam, że rodzina to najważniejsze.
— Rodzina to nie niewolnictwo — odpowiedziałam cicho.
Od tamtej pory sytuacja trochę się poprawiła — ustaliliśmy dyżury w kuchni i łazience, dzieci dostały prawo do swoich bajek, a ja do chwili ciszy wieczorem. Ale rysa pozostała. Każdego dnia zastanawiam się: czy naprawdę warto poświęcać siebie dla innych? Czy dom to jeszcze mój azyl, czy już tylko pole walki?
Czasem patrzę na Piotra i pytam siebie: ile jeszcze wytrzymam? Czy ktoś z Was też czuje się czasem obcy we własnym domu?