„Nie jestem pasożytem!” – Moja walka o szacunek w rodzinie męża

– Znowu siedzisz cały dzień w domu? – głos teściowej przeszył ciszę kuchni jak nóż. Stałam przy zlewie, zmywając kolejną stertę naczyń po śniadaniu, a jej spojrzenie paliło mnie w plecy. – Dwie ręce, dwie nogi, a tylko dzieci i dzieci. Kiedyś kobiety potrafiły więcej.

Zacisnęłam szczęki, żeby nie odpowiedzieć zbyt ostro. W pokoju obok płakała Zosia, a Jaś biegał z klockiem w ręku, domagając się uwagi. Mój mąż, Tomek, był już w pracy – jak zwykle od rana do wieczora. Zostawałam sama z dziećmi i z jej wiecznym niezadowoleniem.

Nie tak wyobrażałam sobie życie po ślubie. Wierzyłam, że będziemy rodziną, wspierającą się nawzajem. Ale od pierwszego dnia po weselu czułam się jak intruz. Teściowa, pani Halina, patrzyła na mnie jak na kogoś, kto przyszedł tylko po to, by korzystać z jej syna i jego pieniędzy.

– Może byś poszła do pracy? – powtarzała niemal codziennie. – Ja po porodzie wróciłam do biura po trzech miesiącach. A ty? Siedzisz już drugi rok na tym urlopie.

Nie rozumiała, że opieka nad dwójką małych dzieci to praca na pełen etat. Że nie mam czasu nawet wypić kawy do końca, bo zawsze ktoś czegoś potrzebuje. Że czasem nie mam siły nawet się uśmiechnąć.

Pamiętam dzień, kiedy pierwszy raz wybuchłam. Był listopad, szaro za oknem, dzieci chore, ja ledwo trzymałam się na nogach. Teściowa weszła bez pukania do naszego mieszkania (klucz miała „na wszelki wypadek”) i zaczęła narzekać na bałagan.

– Jak ty tu żyjesz? Przecież to wstyd! – krzyczała, podnosząc brudną skarpetkę Jasia z podłogi.

– Mamo, wystarczy! – powiedziałam wtedy drżącym głosem. – Robię co mogę. Nie jestem robotem!

Spojrzała na mnie z pogardą.

– Nie jesteś też gospodynią. Ani żoną z prawdziwego zdarzenia.

Te słowa bolały bardziej niż cokolwiek innego. Przez kolejne dni nie mogłam spać. W głowie słyszałam jej głos: „Pasożyt”, „Nieudacznik”, „Obca”.

Tomek próbował mnie pocieszać:

– Nie przejmuj się mamą. Ona zawsze była wymagająca.

Ale to nie pomagało. Czułam się coraz bardziej samotna i bezwartościowa.

Pewnego wieczoru usiadłam przy stole z Tomkiem.

– Musisz coś powiedzieć swojej mamie – poprosiłam cicho. – Nie dam rady tak dłużej żyć.

Westchnął ciężko.

– Wiesz, że ona się nie zmieni. Ale spróbuję z nią porozmawiać.

Rozmowa nic nie dała. Teściowa zaczęła mnie unikać, ale za każdym razem, gdy się spotykałyśmy, rzucała kąśliwe uwagi:

– Kiedyś kobiety miały honor. Teraz tylko roszczenia i pretensje.

Zaczęłam unikać rodzinnych spotkań. Czułam się jak wyrzutek. Nawet własna matka mówiła:

– Może rzeczywiście powinnaś wrócić do pracy? Dzieci pójdą do żłobka, odpoczniesz trochę od domu…

Ale ja wiedziałam, że nie jestem gotowa zostawić Zosi i Jasia pod opieką obcych ludzi. Potrzebowali mnie. A ja potrzebowałam ich.

Któregoś dnia Zosia zapytała:

– Mamusiu, dlaczego babcia cię nie lubi?

Zatkało mnie. Jak wytłumaczyć czteroletniej dziewczynce dorosłe konflikty?

– Babcia jest czasem smutna i mówi rzeczy, których nie powinna – odpowiedziałam najdelikatniej jak umiałam.

Ale w środku czułam bunt. Dlaczego muszę tłumaczyć się przed własnym dzieckiem z tego, że jestem matką na pełen etat?

Postanowiłam zawalczyć o siebie. Zapisałam się na kurs online – chciałam udowodnić sobie (i innym), że potrafię coś więcej niż tylko zmieniać pieluchy i gotować obiady. Wieczorami uczyłam się marketingu internetowego, gdy dzieci spały.

Teściowa oczywiście skomentowała:

– I co ci to da? Siedzenie przed komputerem to nie praca.

Ale ja już nie słuchałam. Coraz częściej spotykałam się z koleżankami z kursu online – wspierałyśmy się nawzajem, dzieliłyśmy doświadczeniami.

Po kilku miesiącach dostałam pierwsze zlecenie na prowadzenie profilu firmy w mediach społecznościowych. Byłam dumna jak nigdy wcześniej! Pokazałam Tomkowi maila z gratulacjami od klienta.

– Widzisz? Mówiłem, że dasz radę! – uśmiechnął się szeroko.

Ale najważniejsze było to, co poczułam sama wobec siebie: odzyskałam choć odrobinę wiary w swoje możliwości.

Teściowa długo jeszcze nie potrafiła zaakceptować mojej drogi. Ale przestałam czekać na jej aprobatę. Zrozumiałam, że szacunek muszę najpierw dać sobie samej.

Dziś patrzę na swoje dzieci i wiem jedno: nie jestem pasożytem. Jestem matką, kobietą i człowiekiem wartym szacunku – niezależnie od tego, co myśli o mnie ktoś inny.

Czasem zastanawiam się: ile jeszcze kobiet w Polsce słyszy codziennie takie słowa jak ja? Czy naprawdę musimy ciągle udowadniać swoją wartość? Co wy o tym myślicie?