Moja teściowa, jej żelazne zasady i ja: Jak prawie straciłam siebie w cudzym domu
– Znowu się spóźniłaś, Aniu. Zupa stygnie, a ziemniaki już twardnieją – głos pani Marii przeszył ciszę kuchni jak nóż. Stałam w progu, z kluczami jeszcze w dłoni, czując jak rumieniec wstydu rozlewa mi się po policzkach. Wystarczyło pięć minut – pięć minut, których nie mogłam przewidzieć, bo autobus utknął w korku. Ale dla niej to była herezja.
– Przepraszam, mamo – bąknęłam, choć słowo „mamo” zawsze przechodziło mi przez gardło jak ość. Nie była moją matką. Była moją teściową – kobietą, która od dnia mojego ślubu z Piotrem przejęła nade mną kontrolę, jakbyśmy podpisali kontrakt na jej warunkach.
Piotr siedział już przy stole, wpatrzony w ekran telefonu. Udawał, że nie słyszy napięcia w powietrzu. Wiedziałam, że nie stanie po mojej stronie. Nigdy nie stawał.
– Gdybyś była punktualna, nie musiałabym podgrzewać obiadu – dodała Maria, stawiając talerz przede mną z takim impetem, że zupa aż zachlapała obrus. – W moim domu obowiązują zasady. Nie po to całe życie pilnowałam porządku, żeby teraz ktoś mi go burzył.
W jej domu. Te dwa słowa były jak wyrok. Mieszkanie u teściów miało być tymczasowe – tylko na kilka miesięcy, dopóki nie uzbieramy na własne. Minęły dwa lata. Każdy dzień był próbą sił.
Maria miała swoje rytuały: śniadanie o 7:00, obiad o 15:00, kolacja o 19:00. Pranie w środy i soboty. Odkurzanie codziennie o 10:00. Nawet kwiaty podlewała według harmonogramu. Ja? Ja byłam wiecznym rozgardiaszem w jej uporządkowanym świecie.
Pamiętam pierwszy raz, gdy odważyłam się zostawić kubek po herbacie na stole. Wróciłam z łazienki i już czekała na mnie z miną kata.
– U nas nie zostawia się brudnych naczyń! – syknęła. – To dom, nie melina.
Czułam się jak dziecko przyłapane na kradzieży cukierka. Z czasem zaczęłam chodzić na palcach, wycierać każdą kropelkę wody ze zlewu i układać buty pod linijkę. Ale to nigdy nie wystarczało.
Najgorsze były weekendy. Maria organizowała rodzinne obiady, na które przychodziła cała jej rodzina: siostra Halina z mężem, kuzynka Jadzia i jej dorosły syn Tomek. Wszyscy siedzieli przy stole jak na naradzie wojennej, a ja byłam egzaminowana z każdej potrawy.
– Aniu, dlaczego schabowy taki suchy? – pytała Halina.
– Może następnym razem dodasz więcej cebuli do sałatki? – dorzucała Jadzia.
Piotr milczał. Zawsze milczał.
Wieczorami płakałam w łazience, tłumiąc szloch w ręcznik. Pisałam do mamy: „Nie dam rady tu dłużej”. Odpisywała: „Wytrzymaj jeszcze trochę”.
Ale ile można wytrzymać?
Pewnego dnia wróciłam z pracy wcześniej niż zwykle. W przedpokoju usłyszałam rozmowę Marii z Piotrem:
– Ona nigdy nie będzie taka jak my – mówiła Maria cicho, ale wyraźnie. – Nie umie dbać o dom. Po co ci taka żona?
– Mamo… – Piotr westchnął ciężko.
– Gdybyś ożenił się z Kasią od Kowalskich, miałbyś spokój.
Stałam za drzwiami jak sparaliżowana. Serce waliło mi jak młotem. Przez chwilę miałam ochotę wejść i krzyknąć: „To ja tu mieszkam! To ja jestem twoją żoną!” Ale zabrakło mi odwagi.
Zamiast tego poszłam do pokoju i zaczęłam pakować walizkę. Ręce mi się trzęsły. Nie wiedziałam dokąd pójdę – do mamy? Do koleżanki? Może do hotelu?
Piotr wszedł do pokoju godzinę później.
– Co robisz? – zapytał bez emocji.
– Wyprowadzam się – odpowiedziałam cicho.
– Przestań dramatyzować…
– To nie dramatyzowanie! Ja tu umieram każdego dnia! Nie widzisz tego?
– Mama chce dobrze…
– Mama chce dobrze dla siebie! A ja? Kto pomyśli o mnie?
Nie odpowiedział. Wyszedł bez słowa.
Siedziałam na łóżku z walizką i płakałam tak długo, aż zabrakło mi łez. W końcu zadzwoniłam do mamy.
– Przyjedź po mnie – wyszeptałam.
Mama przyjechała po godzinie. Gdy wychodziłam z mieszkania Marii, ta stała w kuchni i nawet nie spojrzała w moją stronę.
Pierwsze dni u mamy były jak powrót do życia po długiej chorobie. Spałam do południa, jadłam kiedy chciałam, nikt mnie nie oceniał za rozrzucone skarpetki czy niedomyty kubek.
Piotr dzwonił kilka razy. Nie odbierałam.
Po tygodniu przyszedł pod drzwi z bukietem tulipanów.
– Aniu… wróć do domu – poprosił cicho.
– Do czyjego domu? – zapytałam gorzko.
– Do naszego…
– My nigdy nie mieliśmy domu. Mieliśmy tylko jej zasady.
Patrzył na mnie długo i smutno. W końcu odszedł bez słowa.
Minęły trzy miesiące. Znalazłam pracę w kawiarni i wynajęłam małe mieszkanie na Pradze. Każdego dnia uczę się być sobą – gotuję kiedy chcę, sprzątam kiedy mam ochotę i nikt nie patrzy mi przez ramię.
Czasem myślę o Marii i jej żelaznych zasadach. Czy naprawdę wierzyła, że porządek jest ważniejszy od ludzi? Czy Piotr kiedyś się obudzi i zobaczy, co stracił?
A może to ja powinnam zapytać siebie: ile jeszcze kobiet żyje cudzym życiem tylko dlatego, że boją się powiedzieć „dość”? Czy wy też kiedyś musieliście wybierać między sobą a cudzymi oczekiwaniami?