Moja córka w Versace, ja w dresie z bazaru. Czy naprawdę jestem złą matką?
– Znowu ją tak ubrałaś? – głos mojej mamy przeszył ciszę kuchni jak nóż. Stałam przy zlewie, myjąc kubek po porannej kawie, kiedy weszła i spojrzała na Zosię, która bawiła się na dywanie w salonie. Miała na sobie nową sukienkę Versace, prezent ode mnie na jej czwarte urodziny. – Przecież to dziecko! Po co jej takie rzeczy?
Zacisnęłam dłonie na kubku. – Bo ją kocham. Bo chcę, żeby miała wszystko, czego ja nie miałam – odpowiedziałam cicho, czując jak gardło ściska mi się ze wzruszenia i złości jednocześnie.
Mama westchnęła ciężko. – Ty w tym swoim starym dresie z bazaru, a ona jak księżniczka. Co ludzie powiedzą? Że matka zaniedbana, a dziecko wystrojone jak na bal.
To nie pierwszy raz słyszałam podobne słowa. Odkąd Zosia przyszła na świat, wszystko robiłam z myślą o niej. Chciałam, żeby jej dzieciństwo było inne niż moje – pełne kolorów, pięknych rzeczy, wyjątkowych chwil. Sama dorastałam w szarości blokowiska na Pradze, w ubraniach po kuzynkach i z wiecznym poczuciem bycia gorszą. Przysięgłam sobie wtedy, że moje dziecko nigdy nie poczuje się tak jak ja.
Ale świat nie rozumiał moich wyborów. Ani mama, ani sąsiadki, które szeptały za moimi plecami na klatce schodowej. Nawet mój mąż, Tomek, coraz częściej patrzył na mnie z wyrzutem.
– Może przesadzasz? – rzucił pewnego wieczoru, kiedy przeglądałam kolekcję dziecięcych ubrań w internecie. – Zosia nie potrzebuje markowych sukienek. Potrzebuje mamy.
Zabolało mnie to bardziej niż chciałam przyznać. Przecież byłam dla niej zawsze – rano szykowałam śniadanie, odprowadzałam do przedszkola, czytałam bajki na dobranoc. Ale czy to źle, że chciałam dać jej coś więcej?
Pewnego dnia odebrałam Zosię z przedszkola wcześniej. Miała smutną minę i spuszczoną głowę.
– Co się stało, kochanie? – zapytałam, klękając przy niej.
– Dzieci mówiły, że jestem dziwna. Że mam inne ubrania niż one…
Serce mi pękło. Przytuliłam ją mocno.
– Jesteś wyjątkowa, Zosiu. I to jest piękne.
Ale w nocy długo nie mogłam zasnąć. Czy naprawdę robię dobrze? Czy nie krzywdzę jej przez własne kompleksy?
Następnego dnia zadzwoniła do mnie Anka, moja przyjaciółka jeszcze z liceum.
– Słuchaj, widziałam zdjęcia Zosi na Instagramie… Ludzie gadają różne rzeczy. Że się lansujesz kosztem dziecka.
Poczułam gulę w gardle.
– Nie rozumiesz… Ja tylko chcę dla niej lepiej.
– Wiem – odpowiedziała cicho Anka. – Ale może czasem mniej znaczy więcej?
Nie spałam całą noc. W głowie kłębiły mi się słowa mamy, Tomka, Anki… I te spojrzenia obcych ludzi na ulicy: ja w starym dresie, Zosia w markowej sukience.
W weekend pojechaliśmy do mojej teściowej na obiad. Już od progu usłyszałam:
– Ojejku, jaka piękna sukieneczka! Ale mamusia chyba zapomniała o sobie…
Zosia spojrzała na mnie niepewnie.
– Mamusiu, dlaczego ty nie masz ładnej sukienki?
Zabrakło mi słów. Usiadłam na schodach przed domem i rozpłakałam się jak dziecko.
Tomek usiadł obok mnie.
– Kochanie… Ja wiem, że chcesz dla niej wszystkiego najlepszego. Ale ona potrzebuje przede wszystkim ciebie – twojego uśmiechu, twojej obecności…
Spojrzałam na swoje dłonie – szorstkie od sprzątania i gotowania, paznokcie obgryzione ze stresu. Kiedy ostatni raz zrobiłam coś dla siebie? Kiedy ostatni raz poczułam się piękna?
Wieczorem Zosia przyszła do mnie z rysunkiem.
– To my! – powiedziała dumnie. Na kartce były dwie postacie: jedna w kolorowej sukience, druga w zielonym dresie.
– Mamusiu, ty jesteś najpiękniejsza na świecie.
Przytuliłam ją mocno i poczułam łzy spływające po policzkach.
Może naprawdę przesadziłam? Może próbując dać Zosi wszystko to, czego sama nie miałam, zapomniałam o tym, co najważniejsze?
Następnego dnia poszłyśmy razem do parku – obie w zwykłych ubraniach. Śmiałyśmy się, biegałyśmy po trawie. Nikt nie patrzył na nas krzywo. Byłyśmy po prostu mamą i córką.
Wieczorem zadzwoniła mama.
– Widziałam was dzisiaj w parku… Wyglądałyście szczęśliwie.
Uśmiechnęłam się przez łzy.
– Bo byłyśmy szczęśliwe, mamo.
Teraz patrzę na Zosię i wiem jedno: kocham ją najbardziej na świecie. Ale czy naprawdę muszę udowadniać to markowymi ubraniami? Czy bycie dobrą matką to tylko kwestia tego, co nosi moje dziecko?
A może prawdziwa miłość to coś więcej niż metka na sukience?