Mój syn wyrzucił mnie ze swojego życia – czy naprawdę zawiniłam?

– Paweł, proszę cię, odbierz… – szeptałam do telefonu, choć wiedziałam, że to już kolejny raz, kiedy słyszę tylko głuchy sygnał. Siedziałam na kanapie w moim mieszkaniu na warszawskim Ursynowie, wpatrując się w ekran, jakby od tego miało zależeć moje życie. Właściwie tak było. Od tygodni nie miałam od niego żadnej wiadomości. Zawsze był moim oczkiem w głowie – jedynym dzieckiem, które wychowywałam sama po tym, jak jego ojciec odszedł do innej kobiety. Paweł był moim sensem życia.

Kiedyś rozmawialiśmy codziennie. Nawet po ślubie z Martą dzwonił, choć coraz rzadziej. Ale teraz… cisza. W końcu, nie wytrzymałam. Napisałam do Marty: „Marto, czy wszystko w porządku? Paweł nie odbiera ode mnie telefonu. Bardzo się martwię.” Odpisała dopiero po dwóch dniach: „Mileno, Paweł potrzebuje trochę przestrzeni. Proszę, uszanuj to.”

Przestrzeni? Jakiej przestrzeni? Przecież jestem jego matką! Przez kilka dni chodziłam po mieszkaniu jak cień. Próbowałam sobie przypomnieć, kiedy wszystko zaczęło się psuć. Może wtedy, gdy powiedziałam mu, że Marta za bardzo go kontroluje? Albo kiedy skrytykowałam ich decyzję o przeprowadzce do innego miasta?

W końcu zebrałam się na odwagę i pojechałam do nich bez zapowiedzi. Stałam pod ich blokiem w Łodzi z bukietem tulipanów i sercem w gardle. Zadzwoniłam domofonem.

– Halo? – odezwała się Marta.
– To ja, Milena. Chciałam tylko…
– Paweł nie chce z tobą rozmawiać – przerwała mi chłodno. – Proszę, wróć do domu.

Zamarłam. Poczułam się jak intruz we własnej rodzinie. Wróciłam do Warszawy i przez kilka dni nie wychodziłam z łóżka. Próbowałam zrozumieć, co się stało. Przecież zawsze chciałam dla niego jak najlepiej! Czy to źle, że martwiłam się o niego? Że próbowałam go chronić przed błędami?

Pewnego wieczoru zadzwoniła do mnie moja siostra, Zofia.
– Milena, musisz dać mu czas – powiedziała łagodnie. – Może za bardzo ingerowałaś w ich życie?
– Ale ja tylko chciałam pomóc! – wybuchłam płaczem.
– Czasem twoja pomoc może być odbierana jako kontrola.

Te słowa bolały bardziej niż cokolwiek innego. Przypomniałam sobie wszystkie te razy, kiedy mówiłam Pawłowi, co powinien zrobić: gdzie pracować, z kim się przyjaźnić, kiedy kupić mieszkanie… Czy naprawdę nie zauważyłam, że go przytłaczam?

Tydzień później dostałam list. Ręka Pawła była mi dobrze znana:

„Mamo,
Potrzebuję czasu dla siebie i mojej rodziny. Czuję się przez ciebie osaczony. Wiem, że chcesz dobrze, ale twoje rady i uwagi sprawiają, że nie mogę oddychać. Proszę cię o dystans.
Paweł”

Czytałam ten list dziesiątki razy. Każde słowo wbijało się we mnie jak szpilka. Przez całe życie byłam sama – najpierw z powodu zdrady męża, potem przez samotność w wychowywaniu dziecka. Paweł był moją jedyną rodziną… a teraz nawet on mnie odrzucił.

Próbowałam znaleźć ukojenie w codzienności: zakupy na bazarku, rozmowy z sąsiadką Wandą, krzyżówki przy kawie. Ale wszystko wydawało się puste bez jego głosu w słuchawce.

Któregoś dnia Wanda zapytała:
– Milena, dlaczego nie zadzwonisz jeszcze raz? Może już mu przeszło?
– Nie mogę… On wyraźnie napisał, że potrzebuje dystansu.
– A ty? Czego ty potrzebujesz?

Nie umiałam odpowiedzieć na to pytanie. Zawsze żyłam dla innych – najpierw dla męża, potem dla syna. Nigdy nie nauczyłam się żyć dla siebie.

Minęły miesiące. W święta Bożego Narodzenia wysłałam Pawłowi kartkę z życzeniami i zdjęciem naszej rodziny sprzed lat. Nie odpisał.

W marcu zachorowałam na grypę i przez kilka dni leżałam sama w łóżku z gorączką. Wtedy dotarło do mnie, jak bardzo jestem samotna. I jak bardzo sama do tego doprowadziłam.

Pewnego popołudnia zadzwoniła Marta.
– Mileno… Paweł miał wypadek samochodowy. Jest w szpitalu.

Serce mi stanęło.
– Czy mogę przyjechać?
– Nie wiem… To zależy od Pawła.

Pojechałam mimo wszystko. Siedziałam pod salą szpitalną godzinami, aż w końcu Marta wyszła i powiedziała:
– Możesz wejść na chwilę.

Paweł leżał blady na łóżku, z ręką w gipsie.
– Mamo…
– Przepraszam – wyszeptałam przez łzy. – Przepraszam za wszystko.

Nie odpowiedział od razu. Patrzył na mnie długo.
– Chcę mieć swoje życie – powiedział cicho. – Ale nie chcę cię całkiem stracić.

To był początek trudnej rozmowy i jeszcze trudniejszej drogi do odbudowania naszej relacji. Musiałam nauczyć się być matką dorosłego syna – nie dziecka.

Czasem patrzę w lustro i pytam siebie: czy naprawdę byłam tak ślepa? Czy można naprawić to, co się rozpadło przez lata nadopiekuńczości? A może czasem trzeba pozwolić odejść… żeby ktoś mógł wrócić?