Mój dorosły syn wrócił do domu po rozwodzie – czy jeszcze odnajdzie szczęście?
— Bartek, zjesz coś? — zapytałam, patrząc na jego sylwetkę stojącą w drzwiach kuchni. Odpowiedział tylko wzruszeniem ramion i spojrzeniem, które mówiło więcej niż tysiąc słów. Był cień dawnego Bartka, mojego syna, który jeszcze kilka lat temu śmiał się głośno, żartował z siostrą i planował przyszłość z Magdą. Teraz wrócił do mojego dwupokojowego mieszkania na warszawskim Bródnie, z walizką i pustką w oczach.
Nie tak wyobrażałam sobie starość. Miałam nadzieję, że będę odwiedzać Bartka w jego domu, bawić się z wnukami, a nie patrzeć, jak dorosły mężczyzna śpi na rozkładanej kanapie w salonie. Ale życie napisało inny scenariusz. Magda zostawiła Bartka po siedmiu latach małżeństwa. Powiedziała mu, że się wypaliła, że już go nie kocha. Zabrała ich córkę, Zosię, i wyprowadziła się do innego miasta. Bartek został sam z kredytem, pustym mieszkaniem i rozdartym sercem.
Pierwsze tygodnie były najgorsze. Słyszałam w nocy jego cichy płacz, choć udawał twardego. Rano wychodził do pracy, wracał późno, rzucał torbę na podłogę i zamykał się w swoim pokoju. Próbowałam go zagadywać, podsuwać ulubione pierogi ruskie, ale on tylko kiwał głową i mówił: „Dzięki, mamo”.
Pewnego wieczoru usiadłam obok niego na kanapie. W telewizji leciały wiadomości, ale żadne z nas nie słuchało. — Bartek… — zaczęłam niepewnie. — Może powinieneś z kimś porozmawiać? Z kimś… kto to rozumie? Może psycholog?
Spojrzał na mnie z wyrzutem. — Mamo, daj mi spokój. Nie jestem wariatem.
Zamilkłam. Wiedziałam, że nie mogę go zmusić. Ale serce mi pękało, widząc jak gaśnie.
Z czasem zaczęliśmy żyć obok siebie. Ja chodziłam na zakupy, gotowałam obiady, oglądałam seriale. Bartek coraz częściej zostawał w pracy po godzinach albo wychodził wieczorami „przewietrzyć głowę”. Czasem wracał późno, czuć było od niego piwo. Kiedyś znalazłam w łazience butelkę po wódce schowaną za pralką.
— Bartek, co to ma być? — zapytałam ostro.
— Mamo, nie przesadzaj. Każdy czasem musi odreagować.
Bałam się o niego coraz bardziej. Próbowałam rozmawiać z jego siostrą, Kasią, ale ona miała swoje życie i dwójkę małych dzieci na głowie. — Mamo, daj mu czas — powtarzała. — On musi sam się pozbierać.
Ale ile czasu potrzeba? Mijały miesiące, a Bartek nie robił żadnych planów na przyszłość. Nie mówił o Zosi prawie wcale. Widywał ją raz na dwa tygodnie, kiedy Magda przywoziła ją do Warszawy. Po każdym takim weekendzie był jeszcze bardziej przygnębiony.
Któregoś dnia wróciłam z zakupów i zobaczyłam Bartka siedzącego przy stole z głową w dłoniach. Przede mną leżał list od komornika – zaległości za mieszkanie rosły.
— Bartek… — zaczęłam cicho.
— Wiem! — krzyknął nagle. — Wiem, że zawaliłem! Wszystko straciłem: rodzinę, dom… Nawet siebie!
Usiadłam obok niego i objęłam go ramieniem. Po raz pierwszy od miesięcy pozwolił sobie na słabość – rozpłakał się jak dziecko.
— Synku… jesteś dla mnie wszystkim. Ale musisz chcieć sobie pomóc.
Tego wieczoru długo rozmawialiśmy. O Magdzie, o Zosi, o tym jak bardzo czuje się samotny i bezużyteczny. O tym, że boi się przyszłości.
— Boję się, mamo… Boję się, że już nigdy nie będę szczęśliwy — wyszeptał.
Przytuliłam go mocno. — Szczęście wraca wtedy, kiedy najmniej się tego spodziewasz. Ale musisz mu otworzyć drzwi.
Od tamtej pory coś się zmieniło. Bartek zaczął wychodzić na spacery bez alkoholu w kieszeni. Zapisał się na terapię grupową dla osób po rozwodzie – sam mi o tym powiedział! Zaczął też częściej dzwonić do Zosi i rozmawiać z nią przez telefon.
Nie było łatwo. Były dni lepsze i gorsze. Czasem wracały stare demony – żal do Magdy, poczucie winy wobec córki. Ale powoli zaczynał odzyskiwać siebie.
Pewnego popołudnia przyszedł do kuchni z uśmiechem na twarzy.
— Mamo… Poznałem kogoś — powiedział nieśmiało.
Zamarłam z łyżką w dłoni.
— Naprawdę? — zapytałam ostrożnie.
— Tak… Ma na imię Ania. Poznałem ją na terapii. Też jest po przejściach…
Patrzyłam na niego z niedowierzaniem i nadzieją. Po raz pierwszy od dawna widziałam w jego oczach błysk życia.
Dziś Bartek powoli układa sobie życie na nowo. Nadal mieszka ze mną – na razie nie stać go na własne mieszkanie – ale już nie jest cieniem człowieka. Częściej żartuje przy obiedzie, opowiada o Ani i planuje kolejne spotkania z Zosią.
Czasem myślę o tym wszystkim i pytam siebie: czy mogłam zrobić coś więcej? Czy matczyna miłość wystarczy, by uleczyć złamane serce dorosłego dziecka?
A może szczęście naprawdę wraca wtedy, kiedy najmniej się tego spodziewamy? Co wy o tym myślicie?