Między młotem a kowadłem: Ile jeszcze wytrzymam dla dobra rodziny?
– Znowu dzwonią – szepczę, patrząc na wyświetlacz telefonu. „Mama Michała”. Dłoń mi drży, choć przecież to nie pierwszy raz. Michał siedzi przy stole, pochylony nad laptopem, ale widzę, jak jego ramiona się napinają. Odkąd pamiętam, teściowie dzwonią zawsze wtedy, gdy zaczynamy czuć się bezpiecznie. Jakby mieli radar na nasze szczęście.
– Odbierz, proszę – mówi cicho Michał, nie podnosząc wzroku. Wiem, że nie chce rozmawiać. Wiem też, że nie potrafi odmówić.
– Dzień dobry, mamo – mówię, starając się brzmieć uprzejmie.
– Aniu, czy Michał jest? Bo musimy porozmawiać. Znowu coś się stało…
Zawsze coś się dzieje. Raz samochód się zepsuł, innym razem trzeba zapłacić rachunek za prąd, bo „tata Michała” stracił pracę. Czasem chodzi o lekarstwa dla babci, czasem o nową pralkę. Zawsze chodzi o pieniądze.
Oddaję telefon Michałowi. Widzę w jego oczach zmęczenie i wstyd. Słyszę jego głos – cichy, uległy:
– Tak, mamo… Tak, rozumiem… Postaramy się…
Odkładam kubek z herbatą tak mocno, że aż rozlewam trochę na stół. Michał kończy rozmowę i przez chwilę siedzimy w ciszy.
– Ile tym razem? – pytam beznamiętnie.
– Siedemset złotych. Tata musi naprawić samochód.
Zaciskam zęby. To już trzeci raz w tym miesiącu. Nasze oszczędności topnieją szybciej niż śnieg w marcu. Odkładamy na własne mieszkanie od pięciu lat i ciągle jesteśmy w punkcie wyjścia.
– Michał… – zaczynam ostrożnie. – Może czas powiedzieć im „nie”? Przecież mamy swoje życie…
Patrzy na mnie z wyrzutem.
– To moi rodzice, Aniu. Nie mogę ich zostawić bez pomocy.
– Ale my też potrzebujemy pomocy! Potrzebujemy spokoju! – głos mi się łamie. – Ile jeszcze będziemy żyć dla nich?
Michał milknie. Widzę, jak walczy ze sobą. Zawsze był lojalny wobec rodziny. Jego matka potrafiła płakać godzinami przez telefon, jeśli tylko próbował odmówić. Ojciec groził, że „zawału dostanie przez te nerwy”.
Wieczorem leżę w łóżku i nie mogę zasnąć. W głowie słyszę głosy teściów:
– Michałku, tylko ty możesz nam pomóc…
– Synu, przecież jesteśmy rodziną…
A potem słyszę siebie:
– Aniu, musimy poczekać z remontem…
– Może w przyszłym roku pojedziemy na wakacje…
W pracy koleżanki pytają:
– I jak tam wasze mieszkanie? Już coś znaleźliście?
Uśmiecham się sztucznie i kłamię:
– Jeszcze szukamy…
Czuję się jak cień samej siebie. Każda decyzja podporządkowana jest temu, co powiedzą teściowie. Nawet nasza córka Zosia pyta:
– Mamo, dlaczego dziadkowie ciągle dzwonią do taty?
Nie wiem, co jej odpowiedzieć.
Pewnego dnia wracam z pracy wcześniej niż zwykle. Wchodzę do mieszkania i słyszę podniesione głosy z kuchni.
– Nie możesz ciągle żądać ode mnie pieniędzy! – krzyczy Michał do telefonu. – My też mamy swoje życie!
Serce mi zamiera. To pierwszy raz, kiedy słyszę go takiego.
– Tak, wiem… Ale nie możemy już więcej…
Odkłada telefon i siada ciężko na krześle. Podchodzę do niego i obejmuję go ramieniem.
– Przepraszam – szepcze. – Nie chcę cię ranić.
– Wiem – odpowiadam cicho. – Ale musimy coś zmienić.
Wieczorem siadamy razem przy stole. Rozkładamy przed sobą kartkę papieru i spisujemy wszystkie wydatki z ostatnich miesięcy. Kwoty są przerażające.
– Nie damy rady tak dalej – mówię stanowczo.
Michał kiwa głową.
– Spróbuję z nimi porozmawiać jeszcze raz… Ale boję się ich reakcji.
Nazajutrz jedziemy do teściów do Piaseczna. Dom pachnie starą kapustą i kurzem. Teściowa wita nas z wymuszonym uśmiechem.
– O, dzieci! Jak dobrze was widzieć! – mówi głośno, ale widzę w jej oczach niepokój.
Siadamy przy stole. Michał zaczyna rozmowę:
– Mamo, tato… Musimy porozmawiać o pieniądzach.
Teściowa od razu zaczyna płakać:
– Myślałam, że możemy na was liczyć! Po tylu latach poświęceń!
Teść milczy ponuro, patrząc w okno.
– Mamo – przerywam jej łzy – my też mamy swoje życie. Chcemy mieć dom, zapewnić Zosi przyszłość…
Teściowa podrywa się z krzesła:
– A kto nam pomoże na starość?!
Czuję gulę w gardle. Michał ściska moją dłoń pod stołem.
Wracamy do domu w milczeniu. Wiem, że to dopiero początek wojny o nasze życie.
Kilka dni później teściowa dzwoni znowu. Tym razem nie odbieram. Patrzę na Michała i widzę w jego oczach ulgę pomieszaną ze strachem.
Wieczorem siadamy razem na balkonie.
– Aniu… Czy robimy dobrze? – pyta cicho Michał.
Patrzę na niego długo i czuję łzy pod powiekami.
– Nie wiem… Ale wiem jedno: jeśli nie postawimy granic teraz, nigdy nie będziemy szczęśliwi.
Czasem zastanawiam się: ile jeszcze można poświęcić dla rodziny? Czy miłość naprawdę wymaga aż takiego zapomnienia o sobie? Może to właśnie teraz jest moment, by zawalczyć o własne szczęście? Co wy byście zrobili na moim miejscu?