„Lodówka to nie stołówka!” – Jak moja córka Zuzia i jej „przyjaciele” zamienili nasz dom w jadłodajnię i rozbili rodzinny spokój
– Zuzia, ile razy mam powtarzać? Lodówka to nie stołówka! – krzyknęłam, czując jak w gardle rośnie mi gula. Stałam w kuchni, patrząc na pustą półkę, gdzie jeszcze rano leżały dwa opakowania sera i cała paczka szynki. Teraz zostały tylko okruchy i kilka plasterków ogórka.
Zuzia wzruszyła ramionami, nawet nie podnosząc wzroku znad telefonu. – Mamo, przecież to tylko kanapki. Chłopaki byli głodni po treningu.
Chłopaki. Ostatnio było ich coraz więcej. Najpierw przychodziła tylko Zuzia z Olą i Pauliną, potem dołączył Bartek, potem jeszcze Michał i Kacper. W końcu zaczęłam tracić rachubę, kto właściwie przewija się przez nasz dom każdego popołudnia. Z początku cieszyłam się, że córka ma przyjaciół, że nie zamyka się w pokoju jak niektóre nastolatki. Ale z każdym kolejnym tygodniem czułam coraz większe zmęczenie.
– Mamo, nie przesadzaj – rzuciła Ola, która właśnie weszła do kuchni z kolejną kromką chleba w ręku. – Twoje kanapki są najlepsze w mieście!
Uśmiechnęła się szeroko, ale ja nie potrafiłam już odwzajemnić tego uśmiechu. W mojej głowie kłębiły się myśli: ile jeszcze wytrzymam? Ile jeszcze razy będę musiała robić zakupy dwa razy dziennie? Czy naprawdę jestem złą matką, skoro mam ochotę zamknąć drzwi przed nosem własnej córce i jej „przyjaciołom”?
Wieczorem usiadłam z mężem przy stole. Andrzej spojrzał na mnie z troską.
– Znowu byli? – zapytał cicho.
– Tak. I znowu wszystko zjedli. Nawet nie zapytali, czy mogą.
Andrzej westchnął ciężko. – Może powinniśmy porozmawiać z Zuzią? Ustalić jakieś zasady?
Pokiwałam głową, choć wiedziałam, że ta rozmowa nie będzie łatwa. Zuzia była uparta jak osioł – po mnie to ma, pomyślałam z goryczą.
Następnego dnia wróciłam z pracy wcześniej niż zwykle. Już na klatce schodowej słyszałam śmiechy i głośną muzykę. Otworzyłam drzwi i zobaczyłam całą ekipę rozłożoną na kanapie w salonie. Na stole leżały puste opakowania po chipsach, resztki pizzy i kilka puszek coli.
– Dzień dobry! – krzyknął Bartek z uśmiechem.
– Dzień dobry – odpowiedziałam chłodno. – Możemy porozmawiać?
Zuzia spojrzała na mnie podejrzliwie.
– Teraz?
– Tak, teraz.
Wyszłyśmy do kuchni. Przez chwilę milczałyśmy.
– Zuzia, musimy ustalić jakieś zasady. Nie może być tak, że codziennie przychodzicie całą grupą i wyjadacie wszystko z lodówki. To nie jest restauracja ani stołówka szkolna.
Zuzia zacisnęła usta.
– Przesadzasz. Przecież to tylko jedzenie.
– To nie tylko jedzenie! To nasz dom! Nasza prywatność! A ja mam już dość bycia kucharką dla całej twojej klasy!
Zuzia spojrzała na mnie ze łzami w oczach.
– Chcesz, żebym przestała zapraszać znajomych? Żebym była sama?
Poczułam ukłucie winy. Przecież nie o to mi chodziło…
Wieczorem długo rozmawiałam z Andrzejem. Próbował mnie pocieszyć, ale widziałam, że sam jest zmęczony tą sytuacją.
– Może rzeczywiście przesadzamy? – zapytał niepewnie. – Może to tylko taki etap?
Ale ja wiedziałam, że coś się musi zmienić. Nie chodziło tylko o jedzenie czy bałagan. Chodziło o granice – o to, gdzie kończy się gościnność, a zaczyna wykorzystywanie.
Kilka dni później postanowiłam porozmawiać z matką Oli, panią Martą. Spotkałyśmy się przypadkiem pod sklepem.
– Pani Marto, czy Ola często bywa u państwa? – zapytałam ostrożnie.
Pani Marta uśmiechnęła się smutno.
– Ostatnio prawie wcale… Zawsze mówi, że idzie do Zuzi. Wie pani, ja pracuję do późna…
Poczułam się jeszcze gorzej. Czy naprawdę byłam jedyną osobą, która miała odwagę powiedzieć „dość”?
Wróciłam do domu z ciężkim sercem. Wieczorem usiadłam z Zuzią na kanapie.
– Córeczko… Kocham cię i chcę, żebyś miała przyjaciół. Ale musimy ustalić zasady. Możesz zapraszać znajomych raz w tygodniu – w sobotę. W pozostałe dni chcę mieć dom dla siebie i dla naszej rodziny.
Zuzia spuściła głowę.
– Ale oni nie mają gdzie indziej chodzić…
– Rozumiem. Ale ja też mam prawo do odpoczynku i prywatności. I do tego, żeby lodówka nie była pusta po każdym waszym spotkaniu.
Przez chwilę siedziałyśmy w ciszy. W końcu Zuzia przytuliła się do mnie.
– Przepraszam, mamo… Nie chciałam cię zranić.
Łzy napłynęły mi do oczu.
Od tamtej pory sytuacja się poprawiła. Zasady były jasne – sobota należała do Zuzi i jej przyjaciół, a reszta tygodnia do rodziny. Czasem było trudno – czasem Zuzia patrzyła na mnie ze smutkiem albo obrażała się na cały świat. Ale wiedziałam, że muszę być konsekwentna.
Często zastanawiam się: gdzie kończy się dobroć, a zaczyna wykorzystywanie? Czy można być dobrą matką i jednocześnie stawiać granice? A może właśnie na tym polega prawdziwa miłość?