„Jedno wnuczę mi wystarczy!” – Jak słowa mojej teściowej rozdarły naszą rodzinę

– Anna, czy ty naprawdę musisz? – głos teściowej przeszył ciszę kuchni jak nóż. Stałam przy zlewie, myjąc talerze po niedzielnym obiedzie. Mój brzuch był już wyraźnie zaokrąglony, a dłonie drżały mi lekko, gdy odstawiałam mokry talerz na suszarkę.

Odwróciłam się powoli, czując, jak serce wali mi w piersi. – Muszę co, mamo? – zapytałam, choć doskonale wiedziałam, do czego zmierza.

Spojrzała na mnie spod zmarszczonych brwi, jej usta wykrzywił grymas. – Jedno wnuczę mi wystarczy. Po co wam drugie dziecko? Przecież ledwo sobie radzicie z Mają.

Słowa te spadły na mnie jak grad. Poczułam się nagle mała, bezradna i… niechciana. Przez chwilę miałam ochotę wybiec z kuchni i zamknąć się w łazience, ale wiedziałam, że nie mogę okazać słabości. Nie przy niej.

Mąż, Tomek, siedział w salonie z Mają na kolanach. Słyszał wszystko, ale udawał, że skupia się na bajce lecącej w telewizji. Zawsze tak robił – chował głowę w piasek, gdy jego matka zaczynała swoje tyrady.

– Mamo, to nasza decyzja – powiedziałam cicho, próbując nie dopuścić do tego, by głos mi zadrżał. – Chcemy mieć drugie dziecko.

Teściowa prychnęła. – Chcecie? Ty chcesz! Tomek nawet nie miał nic do powiedzenia! Zawsze robisz wszystko po swojemu.

Zacisnęłam pięści. W głowie dudniły mi jej słowa: „Jedno wnuczę mi wystarczy”. Czy naprawdę tak bardzo nie chciała kolejnego dziecka w rodzinie? Czy to ja byłam problemem?

Wieczorem, gdy Maja już spała, usiadłam z Tomkiem przy kuchennym stole. Milczał przez dłuższą chwilę, bawiąc się pustym kubkiem po herbacie.

– Tomek… – zaczęłam niepewnie. – Dlaczego nic nie powiedziałeś?

Wzruszył ramionami. – Wiesz jaka jest mama. Lepiej jej nie prowokować.

– Ale ona mnie rani! Nas rani! – łzy napłynęły mi do oczu. – Czuję się jak intruz we własnym domu.

Tomek spuścił głowę. – Przepraszam… Po prostu… Ona zawsze była taka. Zawsze musiała mieć ostatnie słowo.

Wiedziałam o tym od początku naszego związku. Teściowa nigdy mnie nie zaakceptowała – byłam „tą z miasta”, a ona uważała, że jej syn zasługuje na kogoś „lepszego”. Przez lata próbowałam zdobyć jej sympatię: piekłam ciasta na święta, pomagałam przy sprzątaniu, znosiłam jej kąśliwe uwagi o moim wychowaniu i pracy. Ale nigdy nie byłam dość dobra.

Kiedy zaszłam w ciążę z Mają, przez chwilę wydawało się, że coś się zmieniło. Teściowa była nawet czuła wobec wnuczki – przynosiła zabawki, gotowała zupki i opowiadała bajki. Ale gdy tylko ogłosiliśmy, że spodziewamy się drugiego dziecka, wszystko wróciło do punktu wyjścia.

Zaczęły się plotki w rodzinie: „Anna chce tylko pieniędzy”, „Nie radzą sobie finansowo”, „Tomek jest pod pantoflem”. Czułam się osaczona. Każda wizyta u teściów była dla mnie jak pole minowe.

Pewnego dnia zadzwoniła do mnie moja mama.

– Aniu, słyszałam od cioci Krysi… Co tam się u was dzieje?

Zacisnęłam powieki. – Mamo… Teściowa powiedziała mi wprost, że nie chce drugiego wnuka.

Mama westchnęła ciężko. – Nie przejmuj się nią. Najważniejsze jest wasze szczęście.

Ale jak być szczęśliwą, gdy własna rodzina cię odrzuca?

Kiedy urodził się Staś, teściowa przyszła do szpitala z bukietem goździków i miną jakby przyszła na pogrzeb. Pocałowała mnie w policzek i powiedziała chłodno:

– No to teraz masz dwójkę. Zobaczymy jak sobie poradzisz.

Przez pierwsze miesiące po narodzinach Stasia czułam się samotna jak nigdy dotąd. Tomek pracował coraz więcej, uciekając z domu pod pretekstem nadgodzin. Maja była zazdrosna o brata i coraz częściej płakała bez powodu. A ja… ja walczyłam ze łzami każdego wieczoru.

Pewnego popołudnia teściowa przyszła bez zapowiedzi. Weszła do pokoju dzieci i zobaczyła Maję płaczącą na podłodze i Stasia kwilącego w łóżeczku.

– No widzisz? Mówiłam! Nie radzisz sobie! – rzuciła triumfalnie.

Coś we mnie pękło.

– Proszę wyjść! – krzyknęłam przez łzy. – To mój dom i moja rodzina! Jeśli nie potrafi mnie pani wspierać, proszę więcej nie przychodzić!

Teściowa spojrzała na mnie z niedowierzaniem i wyszła trzaskając drzwiami.

Tego wieczoru Tomek wrócił wcześniej niż zwykle. Zastał mnie zapłakaną na kanapie.

– Anna… Co się stało?

Opowiedziałam mu wszystko. Po raz pierwszy od lat zobaczyłam w jego oczach gniew.

– To koniec – powiedział stanowczo. – Nie pozwolę jej więcej cię ranić.

Przez kolejne tygodnie teściowa nie odzywała się do nas ani słowem. Było mi lżej… ale też bolało mnie to milczenie. Maja pytała o babcię, a ja nie wiedziałam co odpowiedzieć.

W końcu zadzwoniła sama.

– Anna… Może byśmy porozmawiały? Bez Tomka…

Spotkałyśmy się w kawiarni na rynku. Siedziałyśmy naprzeciwko siebie w niezręcznej ciszy.

– Dlaczego pani to robi? – zapytałam cicho. – Dlaczego mnie pani tak nienawidzi?

Spojrzała na mnie długo, a potem spuściła wzrok.

– Ja… Ja po prostu boję się o Tomka. O was wszystkich. Sama wychowywałam dwójkę dzieci i wiem jak to jest ciężko… Nie chciałam żebyś cierpiała tak jak ja kiedyś…

Zrozumiałam wtedy coś ważnego: za jej chłodem krył się strach i ból sprzed lat. Ale czy to usprawiedliwiało jej słowa? Czy mogłam jej wybaczyć?

Dziś nasza relacja jest inna – bardziej ostrożna, pełna niedopowiedzeń i wzajemnych prób zrozumienia siebie nawzajem. Czasem myślę o tamtym dniu i pytam siebie: czy można naprawdę odbudować rodzinę po takich ranach? Czy wy też kiedyś musieliście wybierać między własnym szczęściem a oczekiwaniami innych?