„Ty przecież nic nie robisz cały dzień!” – Moja walka o szacunek i zrozumienie na urlopie macierzyńskim

– Ty przecież nic nie robisz cały dzień! – usłyszałam od Pawła, kiedy wrócił z pracy i zobaczył mnie w rozciągniętym dresie, z dzieckiem przy piersi i stertą brudnych naczyń w zlewie. W tej jednej chwili poczułam, jakby ktoś wylał na mnie kubeł zimnej wody. Przez chwilę nie mogłam wydusić z siebie słowa. Zamiast tego spojrzałam na niego z niedowierzaniem, a łzy napłynęły mi do oczu.

Nie wiem, kiedy zaczęliśmy się tak rozmijać. Może wtedy, gdy urodziłam Zosię i cały mój świat skurczył się do czterech ścian naszego mieszkania na warszawskim Ursynowie. Paweł wracał późno z pracy, zmęczony, a ja… Ja byłam zmęczona od rana do nocy, ale nikt tego nie widział. Nawet on.

Zosia płakała niemal bez przerwy przez pierwsze trzy miesiące. Kolki, ząbkowanie, nieprzespane noce. Czułam się jak zombie. Czasem miałam wrażenie, że nie pamiętam już swojego imienia. Kiedy Paweł pytał: „Co robiłaś dziś ciekawego?”, miałam ochotę krzyczeć. Co robiłam? Próbowałam przeżyć. Próbowałam nie zwariować.

Moja mama powtarzała: „Masz szczęście, że możesz być z dzieckiem w domu. Za moich czasów to było nie do pomyślenia.” Ale czy to naprawdę szczęście? Kiedy przez cały dzień rozmawiasz tylko z niemowlakiem, a jedyną dorosłą osobą, którą widzisz, jest kurier z paczką pieluch?

Pewnego dnia Paweł wrócił wcześniej. Zosia akurat miała atak płaczu. Próbowałam ją uspokoić, śpiewałam jej kołysanki, nosiłam na rękach, ale nic nie pomagało. Paweł wszedł do pokoju i zobaczył mnie na podłodze, zapłakaną razem z córką.

– Co się dzieje? – zapytał zaniepokojony.
– Nie wiem… Ja już nie daję rady – wyszeptałam.

Wtedy po raz pierwszy zobaczyłam w jego oczach coś więcej niż irytację – zobaczyłam strach i bezradność. Usiadł obok mnie i przez chwilę milczeliśmy, słuchając płaczu Zosi.

– Może ja spróbuję? – zaproponował niepewnie.
Oddałam mu córkę i patrzyłam, jak bezradnie próbuje ją uspokoić. Po dziesięciu minutach był spocony i blady.
– Jak ty to wytrzymujesz cały dzień? – zapytał cicho.

To był pierwszy raz, kiedy poczułam, że ktoś mnie widzi. Ale to uczucie szybko minęło. Następnego dnia wszystko wróciło do normy – Paweł znów wychodził do pracy, a ja zostawałam sama z Zosią i swoimi myślami.

Zaczęłam mieć pretensje do świata. Do Pawła, że nie rozumie. Do siebie, że nie potrafię być szczęśliwa. Do rodziny, która oczekiwała ode mnie uśmiechu i wdzięczności za „ten piękny czas”.

Pewnego wieczoru wybuchłam.
– Czy ty naprawdę myślisz, że ja tu leżę i pachnę? Że urlop macierzyński to wakacje? – krzyczałam przez łzy.
Paweł patrzył na mnie zaskoczony.
– Nie wiedziałem… Myślałem, że to po prostu inny rodzaj pracy…
– To nie jest praca! To jest walka o przetrwanie! – odpowiedziałam drżącym głosem.

Następnego dnia Paweł zaproponował, że zostanie z Zosią przez całą sobotę. Zgodziłam się bez słowa i wyszłam z domu pierwszy raz od miesięcy – poszłam do kawiarni na Mokotowie. Siedziałam tam dwie godziny i płakałam nad kawą. Czułam się winna, że zostawiłam dziecko, ale jednocześnie… wolna.

Kiedy wróciłam do domu, Paweł wyglądał jak po maratonie. Zosia była nakarmiona, ale dom wyglądał jak po przejściu huraganu.
– Przepraszam – powiedział cicho. – Myślałem, że to łatwiejsze.

Od tamtej pory zaczął bardziej mi pomagać. Zaczął pytać: „Jak się czujesz?”, „Co mogę zrobić?”. Ale rany zostały. Czułam się samotna nawet wtedy, gdy był obok.

Najgorsze były rozmowy z teściową:
– Za moich czasów kobiety nie narzekały! – powtarzała przy każdej okazji.
Chciałam jej powiedzieć: „Za waszych czasów kobiety płakały po cichu.”

Zaczęłam pisać pamiętnik. Każdego wieczoru spisywałam swoje myśli i lęki. To była moja terapia. Dzięki temu przestałam czuć się taka niewidzialna – przynajmniej dla siebie samej.

Dziś Zosia ma już rok. Paweł nauczył się przewijać pieluchy i gotować obiad. Ja nauczyłam się prosić o pomoc i mówić o swoich uczuciach. Ale wciąż boję się wrócić do pracy – boję się oceny innych matek, boję się zostawić Zosię w żłobku…

Czasem zastanawiam się: ile jeszcze kobiet czuje się tak samo jak ja? Ile z nas codziennie walczy o szacunek we własnym domu?

Czy naprawdę musimy być superbohaterkami, żeby ktoś nas zauważył?