Związana przez Miłość: Moja Droga do Wolności od Pawła – Historia, która może być Twoja

– Gdzie są pieniądze z wypłaty, Anka? – głos Pawła przeszył ciszę kuchni jak nóż. Stałam przy zlewie, ścierając łzy razem z resztkami kawy z kubka. Drżały mi ręce. W głowie miałam tylko jedno: nie wolno mi się sprzeciwić. Oddałam mu kopertę, jak co miesiąc, nawet nie próbując zostawić dla siebie choćby złotówki.

Paweł był moim pierwszym poważnym chłopakiem. Poznaliśmy się na studiach w Krakowie – on, pewny siebie, wygadany, zawsze otoczony ludźmi. Ja – cicha, trochę nieśmiała dziewczyna z małego miasteczka pod Tarnowem. Z początku czułam się przy nim wyjątkowa. Mówił, że jestem jego całym światem. „Tylko ja cię rozumiem, Anka. Tylko ja wiem, czego ci potrzeba” – powtarzał. Wierzyłam mu. Chciałam wierzyć.

Po ślubie wszystko się zmieniło. Najpierw drobne uwagi: że za dużo wydaję na kosmetyki, że powinnam lepiej gotować, że niepotrzebnie spotykam się z koleżankami. Potem przyszły zakazy: „Nie idź dziś do mamy, musisz odpocząć”, „Po co ci te spotkania po pracy? Lepiej wróć wcześniej do domu”. Aż w końcu – kontrola pieniędzy.

– To dla naszego dobra – tłumaczył spokojnie, gdy pierwszy raz poprosił o całą moją pensję. – Ja lepiej ogarniam finanse. Ty się tylko stresujesz.

Zgodziłam się. Chciałam być dobrą żoną. Przecież tak wygląda prawdziwa miłość – myślałam wtedy. W pracy koleżanki opowiadały o wspólnych kontach, o dzieleniu się obowiązkami. Ja milczałam. Wstydziłam się przyznać, że nie mam nawet dostępu do własnego konta bankowego.

Z czasem Paweł stawał się coraz bardziej nerwowy. Każda moja prośba o pieniądze na fryzjera czy nową bluzkę kończyła się kłótnią.

– Po co ci to? Chcesz wyglądać dla kogoś innego? – rzucał podejrzliwie.

Zaczęłam unikać lustra. Przestałam spotykać się z przyjaciółkami. Mama dzwoniła coraz rzadziej – wiedziała, że i tak nie odbiorę.

Najgorsze były wieczory. Siedzieliśmy razem w salonie, on oglądał telewizję, ja udawałam zainteresowanie książką. W środku czułam pustkę i strach. Bałam się każdego jego spojrzenia, każdego pytania o wydatki.

Pewnego dnia wróciłam wcześniej z pracy. Zastałam Pawła przeglądającego mój telefon.

– Z kim pisałaś? – zapytał zimno.

– Z Magdą… z pracy…

– O czym?

– Pytała tylko o grafik na przyszły tydzień…

Nie uwierzył mi. Przez godzinę przesłuchiwał mnie jak policjant podejrzanego. Czułam się jak dziecko przyłapane na czymś złym. Tylko… co ja właściwie zrobiłam?

Z czasem zaczęłam mieć problemy ze snem. Budziłam się w środku nocy z kołataniem serca, mokra od potu. W pracy byłam rozkojarzona, popełniałam błędy. Szefowa wezwała mnie na rozmowę.

– Aniu, wszystko w porządku? Wyglądasz na bardzo zmęczoną…

Chciałam jej powiedzieć prawdę, ale zabrakło mi odwagi.

W domu Paweł coraz częściej podnosił głos. Raz złapał mnie za ramię tak mocno, że przez tydzień miałam siniaka.

– Nie rób ze mnie wariata! – krzyczał.

Zaczęłam się zastanawiać: czy to naprawdę ja jestem winna? Może rzeczywiście jestem za mało zaradna? Może powinnam bardziej się starać?

Pewnego dnia Magda z pracy zaprosiła mnie na kawę po godzinach.

– Anka, co się z tobą dzieje? Kiedyś byłaś taka radosna…

Popłakałam się przy niej po raz pierwszy od lat.

– Boję się go… – wyszeptałam.

Magda objęła mnie i powiedziała coś, co na zawsze zapamiętam:

– To nie jest miłość, Anka. To jest przemoc.

Te słowa uderzyły mnie jak grom z jasnego nieba. Przemoc? Przecież Paweł nigdy mnie nie uderzył… Ale czy to wystarczy?

Zaczęłam czytać w internecie o przemocy ekonomicznej, o kontroli w związku. Każdy artykuł brzmiał jak opis mojego życia.

Przez kilka tygodni zbierałam siły. Zaczęłam odkładać drobne kwoty z zakupów – kilka złotych tu, kilka tam. Magda pomogła mi założyć własne konto bankowe i schować kartę u siebie.

W końcu nadszedł dzień, kiedy postanowiłam odejść.

Spakowałam najpotrzebniejsze rzeczy do torby sportowej i wyszłam z domu pod pretekstem wyjścia do sklepu. Serce waliło mi jak oszalałe. Zadzwoniłam do mamy:

– Mamo… mogę przyjechać?

Nie pytała o nic więcej. Po prostu powiedziała: „Czekam na ciebie”.

Paweł dzwonił przez całą noc. Pisał SMS-y: „Wróć”, „Nie możesz mi tego zrobić”, „Bez ciebie jestem nikim”.

Przez pierwsze dni czułam ulgę pomieszaną z przerażeniem. Bałam się wyjść z domu mamy nawet po chleb. Ale każdego dnia było trochę łatwiej oddychać.

Po miesiącu poszłam do psychologa. Po raz pierwszy od lat powiedziałam głośno: „Chcę być wolna”.

Dziś mija rok od tamtego dnia. Mam własne mieszkanie i nową pracę w bibliotece miejskiej. Czasem jeszcze budzę się w nocy ze strachem, ale już wiem: to nie była moja wina.

Często pytam siebie: dlaczego tak długo pozwalałam mu decydować o moim życiu? Czy naprawdę można kochać kogoś tak bardzo, że zapomina się o sobie?

A Ty? Czy kiedykolwiek czułaś się więźniem własnej miłości?