Zostawiłam rodzinę i uciekłam do Wrocławia. Czy miałam do tego prawo?
„Nie wracaj, jeśli nie chcesz. Ale pamiętaj, że dzieci czekają.” – te słowa męża przeczytałam na ekranie telefonu, siedząc na zimnej ławce dworca Wrocław Główny. Było wcześnie rano, mgła snuła się nad peronami, a ja ściskałam w dłoni bilet powrotny, którego nie miałam odwagi wyrzucić. W głowie huczało mi od pytań: czy jestem potworem? Czy matka ma prawo zostawić dzieci? Czy kobieta może wybrać siebie?
Jeszcze wczoraj wieczorem nakrywałam stół do kolacji w naszym mieszkaniu na osiedlu w Opolu. Mąż, Tomek, jak zwykle wrócił zmęczony z pracy, rzucił torbę pod wieszak i bez słowa usiadł przed telewizorem. Dzieci – Zosia i Kuba – kłóciły się o pilota. Ja krzątałam się między kuchnią a salonem, próbując zapanować nad chaosem. Nikt nie zapytał, jak minął mi dzień. Nikt nie zauważył, że płakałam w łazience.
Tej nocy nie spałam. Przewracałam się z boku na bok, słuchając chrapania Tomka i cichych oddechów dzieci za ścianą. Czułam się przezroczysta. Jakby mnie nie było. Jakby moje życie skurczyło się do gotowania, sprzątania i rozwiązywania cudzych problemów. Gdzieś po drodze zgubiłam siebie.
O świcie napisałam krótki list: „Przepraszam. Muszę wyjechać. Nie wiem, kiedy wrócę.” Zostawiłam go na stole obok kubka z zimną herbatą. Spakowałam plecak – kilka ubrań, książka, portfel. Wyszłam na klatkę schodową, zamknęłam drzwi i poczułam ulgę pomieszaną z przerażeniem.
Wrocław przywitał mnie szarością i anonimowością. Przez pierwsze godziny chodziłam bez celu po ulicach, próbując zebrać myśli. Wynajęłam pokój u starszej pani na Nadodrzu. Pani Halina była serdeczna, ale ciekawska – już pierwszego dnia zapytała: „A co panią tu sprowadza?” Skłamałam, że praca.
Wieczorami płakałam w poduszkę. Tęskniłam za dziećmi, ale nie miałam siły wrócić. Bałam się ich rozczarowania i własnej porażki. Tomek dzwonił codziennie – raz błagał o powrót, raz groził rozwodem. Moja mama przysłała SMS: „Jak mogłaś to zrobić swoim dzieciom?”
Znalazłam pracę w kawiarni na Rynku. Pracowałam z młodymi ludźmi, którzy mieli marzenia i plany. Zazdrościłam im tej lekkości bycia. Jedna z koleżanek, Magda, zaprosiła mnie na koncert jazzowy. Po raz pierwszy od lat poczułam się wolna – tańczyłam, śmiałam się, piłam wino bez poczucia winy.
Ale każda radość była podszyta lękiem. Kiedy widziałam matki z dziećmi w parku, serce ściskało mi się z żalu. Pisałam do Zosi i Kuby krótkie wiadomości: „Kocham Was.” Odpowiadali oschle: „My też.”
Po miesiącu Tomek przyjechał do Wrocławia. Czekał na mnie pod kawiarnią.
– Musimy porozmawiać – powiedział bez przywitania.
– O czym? – zapytałam cicho.
– O nas. O dzieciach. O tym, co dalej.
Usiedliśmy w parku na ławce.
– Dlaczego to zrobiłaś? – zapytał po dłuższej ciszy.
– Bo nie mogłam już oddychać – odpowiedziałam szczerze.
– Myślisz, że nam było łatwo? Dzieci płaczą co noc. Mama dzwoni codziennie, pyta, co ma im powiedzieć.
– A kto pytał mnie o cokolwiek przez ostatnie lata?
Tomek spuścił głowę.
– Może za bardzo przywykliśmy do tego, że wszystko ogarniasz – powiedział cicho.
Milczeliśmy długo. Wiedziałam, że nie ma prostych odpowiedzi.
W kolejnych tygodniach zaczęliśmy rozmawiać częściej – już bez pretensji, bardziej o tym, co czujemy niż o tym, kto zawinił. Zosia napisała mi list: „Mamo, tęsknię za Tobą. Ale rozumiem, że czasem trzeba odpocząć.”
Zaczęłam chodzić na terapię dla kobiet w kryzysie. Poznałam tam Anię i Martę – każda z nas miała swoją historię ucieczki od siebie lub od innych. Rozmawiałyśmy godzinami o tym, jak trudno być matką i kobietą jednocześnie.
Po trzech miesiącach wróciłam do domu na weekend. Dzieci rzuciły mi się na szyję. Tomek był spięty, ale starał się być miły.
– Chciałbym spróbować jeszcze raz – powiedział wieczorem.
– Ja też… ale inaczej – odpowiedziałam.
Ustaliliśmy nowe zasady: podział obowiązków, czas tylko dla mnie, wspólne rozmowy raz w tygodniu bez telefonów i telewizora.
Nie było łatwo wrócić do codzienności. Mama patrzyła na mnie z wyrzutem przez długie tygodnie. Sąsiadki szeptały za moimi plecami: „To ta, co zostawiła rodzinę.”
Ale ja już wiedziałam jedno: jeśli mam być dobrą matką i żoną, muszę najpierw być sobą.
Czasem pytam siebie: czy byłam egoistką? A może po prostu odważyłam się zawalczyć o siebie? Czy każda kobieta musi wybierać między sobą a rodziną? Co Wy o tym myślicie?