Zdrada pod dachem: Historia Marii z podwarszawskiej wsi, która musiała nauczyć się żyć od nowa
– Nie wrócę już, Marysiu. Przepraszam. – Głos Pawła był cichy, jakby bał się własnych słów. Stał w progu kuchni, w tej naszej starej chałupie pod Warszawą, gdzie ściany pamiętały jeszcze śmiech mojej babci. W rękach trzymał torbę, a ja patrzyłam na niego z niedowierzaniem, jakby zaraz miał się roześmiać i powiedzieć, że to tylko żart.
– Co ty mówisz? – wyszeptałam, czując jak serce wali mi w piersi. – Przecież mamy dziecko…
Spojrzał na mnie z bólem. – Wiem. Ale nie potrafię już tak żyć. Z Magdą… To nie był tylko romans. Kocham ją.
W tej chwili świat się zatrzymał. Słyszałam tylko tykanie zegara i cichy szloch naszej pięcioletniej Zosi, która tuliła się do misia w swoim pokoju. Paweł wyszedł, zamykając za sobą drzwi tak delikatnie, jakby bał się obudzić duchy przeszłości.
Przez pierwsze dni chodziłam po domu jak cień. Każda rzecz przypominała mi o nim – kubek z napisem „Najlepszy tata”, jego stara kurtka na wieszaku, nawet zapach kawy rano. Zosia pytała: „Kiedy tata wróci?”, a ja nie umiałam odpowiedzieć. Kłamałam, że jest w pracy, że wróci na urodziny. Ale ona była mądrzejsza niż myślałam. Pewnej nocy przyszła do mojego łóżka i powiedziała:
– Mamusiu, nie płacz już. Ja cię kocham.
To ona trzymała mnie przy życiu.
Wieś nie była łaskawa dla samotnych matek. Sąsiadki szeptały za moimi plecami, a pani Jadwiga z naprzeciwka przynosiła mi zupę i patrzyła z litością. W sklepie spożywczym czułam na sobie spojrzenia – wszyscy wiedzieli o Magdzie, tej „nowej” z miasta, która rozbiła rodzinę. Czasem miałam ochotę krzyczeć: „To nie moja wina!”, ale milczałam i zaciskałam zęby.
Pieniądze szybko się kończyły. Paweł przysyłał jakieś grosze na Zosię, ale to nie wystarczało nawet na rachunki. Zaczęłam sprzątać u ludzi – u pani Ireny, która miała wielki dom i zawsze zostawiała mi herbatniki na stole; u pana Stefana, wdowca, który opowiadał mi historie z wojny i płakał po nocach. Czułam się upokorzona, ale nie miałam wyboru.
Najgorsze były wieczory. Kiedy Zosia zasypiała, siadałam przy kuchennym stole i patrzyłam na stare zdjęcia – nasze wesele pod jabłonią, pierwsze wakacje nad morzem, śmiech Pawła, kiedy Zosia zrobiła pierwsze kroki. Pytałam siebie: gdzie popełniłam błąd? Czy mogłam zrobić coś inaczej?
Pewnego dnia Paweł przyszedł zobaczyć się z Zosią. Stałam w drzwiach, patrząc jak bawi się z córką na podwórku. Byli tacy szczęśliwi… A potem Magda zadzwoniła do niego i wszystko się zmieniło – Paweł spakował Zosi plecak i powiedział:
– Zabiorę ją do siebie na weekend.
Nie chciałam się zgodzić, ale widziałam błysk w oczach Zosi. Pojechała z nim pierwszy raz do miasta. Wróciła cicha, zamknięta w sobie.
– Mamusiu, czy Magda będzie moją nową mamą? – zapytała wieczorem.
Zabrakło mi słów.
Wtedy postanowiłam walczyć o siebie i o nią. Poszłam do gminy po pomoc społeczną – czułam się jak żebraczka, ale musiałam przełamać dumę. Zapisałam się na kurs komputerowy w bibliotece – pani Basia uczyła mnie obsługi Excela i pisać CV. Po kilku miesiącach dostałam pracę w urzędzie jako pomoc administracyjna. Nie była to praca marzeń, ale dawała mi poczucie bezpieczeństwa.
Zosia zaczęła chodzić do przedszkola w sąsiedniej wsi. Poznała tam Hanię – dziewczynkę z rozbitej rodziny jak my. Razem budowały domki z klocków i śmiały się do łez.
Z czasem nauczyłam się żyć bez Pawła. Przestałam sprawdzać jego profil na Facebooku i płakać po nocach. Odkryłam w sobie siłę, o której nie miałam pojęcia. Zaczęłam malować – stare farby po babci znalazły nowe życie na płótnie. Malowałam nasze pole zimą, Zosię bawiącą się w śniegu, nawet ten stary dom, który kiedyś wydawał mi się więzieniem.
Pewnego dnia Paweł przyszedł sam. Był zmęczony, posiwiały.
– Marysiu… Przepraszam za wszystko.
Patrzyłam na niego długo.
– Już za późno – odpowiedziałam cicho.
Nie wiem, czy kiedykolwiek wybaczę mu zdradę. Ale wiem jedno: jestem silniejsza niż myślałam. Dziś patrzę na siebie w lustrze i widzę kobietę, która przetrwała burzę.
Czasem pytam siebie: czy można naprawdę zacząć od nowa? Czy blizny po zdradzie kiedyś znikną? Może to właśnie one czynią nas tymi, kim jesteśmy…