Zdrada, która boli najbardziej – Wyznanie matki o synu, który odebrał jej dom

– Mamo, musisz to podpisać. Inaczej nie dostanę kredytu na mieszkanie – głos Pawła drżał, ale patrzył mi prosto w oczy. W jego spojrzeniu widziałam coś, czego nie potrafiłam nazwać – może cień winy, może niecierpliwość. Siedzieliśmy przy kuchennym stole, na którym leżał stos papierów i długopis. Za oknem padał deszcz, a krople bębniły o parapet jakby chciały mnie ostrzec.

Zawsze byłam dumna z Pawła. Wychowywałam go sama, po tym jak jego ojciec odszedł do innej kobiety. Pracowałam w sklepie spożywczym, dorabiałam sprzątając u sąsiadów, byleby tylko niczego mu nie brakowało. Był moim światem. Kiedy dostał się na studia do Warszawy, płakałam ze szczęścia i dumy. Teraz wrócił do rodzinnego miasta, bo – jak mówił – tu jest jego miejsce.

– Pawełku, ale co to za dokumenty? – zapytałam niepewnie, przesuwając palcami po kartkach.

– To tylko zabezpieczenie dla banku. Nic się nie stanie, obiecuję. Po prostu musisz się zgodzić, żeby dom był pod zastaw. Przecież i tak tu mieszkasz, a ja wszystko spłacę – zapewniał mnie z uśmiechem.

Chciałam wierzyć. Przecież to mój syn. Podpisałam.

Kilka miesięcy później dostałam list polecony. Sądowy nakaz eksmisji. Nie rozumiałam niczego. Zadzwoniłam do Pawła, płacząc:

– Synku, co się dzieje? Dlaczego chcą mnie wyrzucić z domu?

– Mamo… – jego głos był cichy i zmęczony – Nie udało mi się spłacić kredytu. Straciłem pracę. Bank przejął dom.

– Ale… przecież obiecałeś…

– Przepraszam.

To jedno słowo roztrzaskało moje serce na tysiące kawałków.

Przez kolejne dni chodziłam jak cień. Sąsiedzi patrzyli na mnie ze współczuciem, ale nikt nie odważył się zapytać wprost. Moja przyjaciółka Zosia próbowała mnie pocieszać:

– Marysiu, on pewnie nie chciał źle. Może jeszcze się ułoży…

Ale ja wiedziałam, że już nic nie będzie takie samo.

Pakowałam swoje rzeczy do kartonów, płacząc nad każdą filiżanką, zdjęciem z komunii Pawła, starym swetrem po mamie. Każdy przedmiot miał swoją historię, a teraz miałam je zostawić za sobą.

Paweł nie przyszedł mi pomóc. Przysłał tylko SMS-a: „Przepraszam, nie mam odwagi spojrzeć Ci w oczy.”

Wynajęłam pokój u starszej pani na obrzeżach miasta. Każdego ranka budziłam się z nadzieją, że to tylko zły sen. Ale rzeczywistość była nieubłagana.

Czułam się zdradzona przez własne dziecko. Przez tygodnie nie odbierałam od niego telefonów. Zosia mówiła:

– Marysiu, musisz mu wybaczyć. To Twój syn.

Ale jak wybaczyć komuś, kto odebrał Ci wszystko?

W święta Bożego Narodzenia Paweł przyszedł pod drzwi mojego pokoju. Stał tam długo, zanim otworzyłam.

– Mamo…

Nie mogłam na niego patrzeć. Był wychudzony, z podkrążonymi oczami.

– Wiem, że zawiodłem. Wiem, że nie zasługuję na Twoje przebaczenie… Ale proszę Cię tylko o jedno: pozwól mi spróbować to naprawić.

Milczałam długo. W końcu powiedziałam:

– Nie wiem, czy potrafię Ci jeszcze zaufać.

Paweł zaczął szukać pracy za granicą. Co miesiąc przysyłał mi pieniądze na czynsz i drobne wydatki. Pisał listy pełne żalu i nadziei na przebaczenie.

Minęły dwa lata. Nadal mieszkam u tej samej starszej pani. Czasem myślę o dawnym domu – o zapachu świeżo upieczonego chleba, o śmiechu Pawła w dzieciństwie, o wieczorach spędzonych przy starym radiu.

Często pytam siebie: czy mogłam postąpić inaczej? Czy powinnam była bardziej ufać sobie niż synowi? Czy matczyna miłość powinna mieć granice?

Dziś wiem jedno: nawet największa zdrada boli mniej niż samotność po niej następująca.

Czy można nauczyć się żyć bez zaufania do najbliższych? Czy wybaczenie to naprawdę jedyna droga do odzyskania siebie?