Wyznanie matki: Czy zniszczyłam własną rodzinę przez niechęć do synowej?

– Nie rozumiem, dlaczego ona znowu tu jest! – syknęłam przez zaciśnięte zęby, patrząc jak Michał wprowadza Marzenę do naszego salonu. Była niedziela, tradycyjny obiad rodzinny, a ja czułam się jak intruz we własnym domu. Moja córka Ania przewróciła oczami, a mąż Andrzej tylko westchnął ciężko, jakby chciał powiedzieć: „Znowu zaczynasz?”

Marzena uśmiechnęła się nieśmiało, stawiając na stole ciasto. – Upiekłam sernik – powiedziała cicho. – Mam nadzieję, że pani lubi.

Nie odpowiedziałam. Zamiast tego spojrzałam na Michała, który unikał mojego wzroku. Od kiedy zaczął spotykać się z Marzeną, coraz częściej miałam wrażenie, że tracę syna. Był moim oczkiem w głowie – zawsze grzeczny, ambitny, rodzinny. A ona? Cicha, zamknięta w sobie, z innego świata. Pracowała w sklepie spożywczym, pochodziła z małego miasteczka pod Radomiem. Nie tak wyobrażałam sobie przyszłość mojego syna.

– Mamo, może spróbujesz? – Michał podał mi kawałek ciasta.

– Dziękuję, nie jestem głodna – odpowiedziałam chłodno.

W powietrzu zawisła niezręczna cisza. Ania spojrzała na mnie z wyrzutem, a Andrzej próbował ratować sytuację rozmową o pogodzie. Marzena siedziała sztywno, bawiąc się serwetką.

Po obiedzie Michał podszedł do mnie w kuchni.
– Dlaczego jesteś taka dla niej? – zapytał cicho.
– Chcę dla ciebie dobrze – odpowiedziałam. – Zasługujesz na kogoś lepszego.
– Skąd wiesz, co jest dla mnie dobre? – jego głos zadrżał. – Kocham ją.

Zacisnęłam usta. Nie zamierzałam ustąpić. Przez kolejne miesiące robiłam wszystko, by pokazać Marzenie, że nie jest tu mile widziana. Krytykowałam jej wygląd, sposób mówienia, nawet to, jak trzyma sztućce. Rodzina zaczęła się dzielić – Ania stawała po stronie brata, Andrzej milczał coraz częściej. Ja czułam się coraz bardziej osamotniona w swojej walce o „dobro” Michała.

W końcu nadszedł dzień, którego się obawiałam – Michał oznajmił nam, że się zaręczyli.
– To twoja decyzja – powiedziałam lodowato. – Ale nie licz na moje błogosławieństwo.

Widziałam ból w jego oczach. Marzena płakała w łazience. Ania wybiegła z domu trzaskając drzwiami. Andrzej patrzył na mnie z wyrzutem.

Ślub odbył się bez mojego udziału. Nie potrafiłam przełamać dumy. Przez kolejne miesiące kontakt z Michałem ograniczał się do krótkich telefonów i suchych wiadomości na Messengerze. Wnuczka urodziła się bez mojej obecności w szpitalu. Z każdym dniem czułam coraz większą pustkę.

Pewnego wieczoru Ania przyszła do mnie zapłakana.
– Mamo, co ty robisz? Michał nie chce już przychodzić do domu. Boisz się stracić syna, a właśnie to robisz!

Nie odpowiedziałam. W nocy długo nie mogłam zasnąć. Przewracałam się z boku na bok, słysząc w głowie słowa córki.

Kilka dni później spotkałam Marzenę przypadkiem na rynku. Stała przy straganie z warzywami, trzymając za rękę małą Zosię.
– Dzień dobry… – powiedziała niepewnie.
Zosia spojrzała na mnie wielkimi oczami i uśmiechnęła się szeroko.
– Babciu!

Coś we mnie pękło. Poczułam łzy napływające do oczu.
– Cześć… Zosiu – wyszeptałam drżącym głosem.
Marzena patrzyła na mnie z mieszanką lęku i nadziei.
– Może… chciałaby pani kiedyś przyjść do nas na herbatę? Zosia bardzo by się ucieszyła…

Nie odpowiedziałam od razu. Wróciłam do domu i długo siedziałam przy oknie, patrząc na szare niebo nad Warszawą. Przypomniałam sobie wszystkie chwile z dzieciństwa Michała – jego pierwszy dzień w szkole, wspólne pieczenie pierników na święta… Czy naprawdę chciałam to wszystko stracić przez własną dumę?

Wieczorem zadzwoniłam do Ani.
– Myślisz… że powinnam spróbować naprawić relacje z Michałem i Marzeną?
– Mamo, nigdy nie jest za późno – odpowiedziała cicho.

Następnego dnia poszłam do syna. Drżały mi ręce, gdy dzwoniłam domofonem.
– Mamo? – Michał otworzył drzwi zaskoczony.
– Przyszłam… przeprosić – wyszeptałam.
Marzena stała za nim z Zosią na rękach.
– Przepraszam was wszystkich… Byłam dumna i ślepa. Chciałam dobrze, ale chyba tylko raniłam…

Michał objął mnie mocno. Płakaliśmy wszyscy – ja, on i Marzena. Zosia tuliła się do mojej szyi.

Dziś próbuję odbudować to, co zniszczyłam przez własne uprzedzenia i lęk przed samotnością. Nie jest łatwo – rany goją się powoli. Ale wiem jedno: rodzina jest ważniejsza niż duma czy wyobrażenia o szczęściu innych.

Czasem patrzę w lustro i pytam siebie: czy naprawdę można kochać kogoś tak bardzo… że aż go przez to stracić? Czy wy też kiedyś byliście ślepi przez własny lęk?