„To tylko obiad, co za problem?” – Jak jedno zdanie mojego męża wywróciło nasze życie do góry nogami

– To tylko obiad, co za problem? – usłyszałam od Marka, kiedy wrócił z pracy i rzucił torbę na krzesło. Stałam przy kuchence, mieszając zupę, a w głowie dudniło mi to jedno zdanie. „To tylko obiad”. Jakby te wszystkie godziny, które spędzam na gotowaniu, sprzątaniu, ogarnianiu dzieci i pracy zdalnej, były niczym. Jakby to wszystko działo się samo.

Zamknęłam oczy i policzyłam do dziesięciu. Zawsze tak robię, kiedy czuję, że zaraz wybuchnę. Ale tym razem nie pomogło. – Marek, czy ty naprawdę myślisz, że to wszystko robi się samo? – zapytałam cicho, starając się nie podnieść głosu przy dzieciach.

– No przecież nie mówię, że samo. Po prostu… czasem mam wrażenie, że robisz z tego wielką sprawę – odpowiedział, nawet na mnie nie patrząc. Wziął talerz i nalał sobie zupy, jakby nic się nie stało.

Wtedy poczułam, jak coś we mnie pęka. Przez lata starałam się być tą „ogarniętą”, tą, która wszystko załatwi, o wszystkim pamięta. Ale nikt tego nie widział. Nikt nie doceniał. Nawet Marek.

Wieczorem długo nie mogłam zasnąć. Leżałam obok niego w łóżku i patrzyłam w sufit. W głowie przewijały mi się obrazy: jak wstaję o szóstej rano, żeby przygotować śniadanie dla dzieci; jak biegnę do sklepu po drodze z pracy; jak prasuję koszule Marka, bo on zawsze narzeka na zagniecenia; jak odrabiam z Olą lekcje, bo Marek „nie ma cierpliwości”.

Następnego dnia postanowiłam coś zmienić. Nie powiedziałam Markowi ani słowa. Po prostu przestałam robić wszystko to, co do tej pory było „oczywiste”. Nie ugotowałam obiadu. Nie posprzątałam po śniadaniu. Nie przypomniałam mu o spotkaniu z nauczycielką syna.

Już po południu zaczęło się robić ciekawie.

– Anka, a co na obiad? – zapytał Marek, zaglądając do lodówki.

– Nie wiem – odpowiedziałam spokojnie. – Może coś zamówisz?

Spojrzał na mnie zdziwiony, ale nic nie powiedział. Zamówił pizzę. Dzieci były zachwycone, ale już wieczorem zaczęły narzekać na ból brzucha.

Następnego dnia sytuacja się powtórzyła. Brudne naczynia piętrzyły się w zlewie. Pranie leżało nieposkładane na kanapie. Marek coraz częściej patrzył na mnie z irytacją.

– Co się dzieje? – zapytał w końcu trzeciego dnia.

– Nic – odpowiedziałam krótko. – Po prostu robię tyle samo co ty.

Zamilkł. Przez chwilę myślałam, że zaraz wybuchnie. Ale tylko wyszedł z kuchni i trzasnął drzwiami.

Wieczorem usiadł obok mnie na kanapie. Był wyraźnie zmęczony.

– Anka… przepraszam. Chyba nie zdawałem sobie sprawy, ile tego wszystkiego jest – powiedział cicho.

Popatrzyłam na niego długo. Widziałam w jego oczach szczerość i zmęczenie.

– Marek… ja też jestem zmęczona – wyszeptałam.

Przez kolejne dni próbował pomagać. Zmywał naczynia, odkurzał, nawet zrobił zakupy (choć zapomniał połowy rzeczy). Dzieci były zdziwione: „Tata gotuje makaron?!”

Ale nie było łatwo. Kłóciliśmy się o drobiazgi: kto ma wyprowadzić psa, kto odbierze Olę z angielskiego, kto posprząta łazienkę. W pewnym momencie Marek powiedział:

– Ja nie dam rady! Praca mnie wykańcza, a tu jeszcze tyle rzeczy w domu!

Wtedy wybuchłam:

– A ja?! Myślisz, że mnie to wszystko nie wykańcza?! Pracuję tak samo jak ty! Tylko nikt tego nie widzi!

Zapanowała cisza. Dzieci patrzyły na nas szeroko otwartymi oczami.

Wieczorem przyszła do mnie Ola.

– Mamo… czemu się kłócicie?

Przytuliłam ją mocno.

– Bo czasem dorośli muszą sobie przypomnieć, jak ważni są dla siebie nawzajem – odpowiedziałam.

Te kilka dni zmieniło nas wszystkich. Marek zaczął bardziej doceniać moją pracę w domu. Ja nauczyłam się prosić o pomoc i nie brać wszystkiego na siebie. Dzieci zobaczyły, że dom to wspólna sprawa.

Ale najważniejsze było to, że przestaliśmy być dla siebie niewidzialni.

Czasem zastanawiam się: ile jeszcze kobiet słyszy codziennie „to tylko obiad”? Ile z nas czuje się niewidzialnych we własnym domu? Czy naprawdę musimy przestać robić wszystko, żeby ktoś nas zauważył?