„To ja, Elżbieta, złożyłam pozew o rozwód. Chcę wreszcie żyć po swojemu.” – Historia z Łodzi, która poruszy każdą kobietę
– Mamo, ty naprawdę zwariowałaś! – krzyk mojej córki odbija się echem od ścian naszej kuchni. W dłoniach ściskam papiery rozwodowe, a serce wali mi jak młot. Przez chwilę mam ochotę rzucić wszystko na podłogę i uciec do łazienki, zamknąć się na klucz i nie wychodzić przez tydzień. Ale stoję. Patrzę na Zosię, moją jedyną córkę, która jeszcze wczoraj tuliła się do mnie z płaczem po nieudanej klasówce, a dziś patrzy na mnie jak na wroga.
– Zosiu, posłuchaj mnie…
– Nie! – przerywa mi. – Ty chcesz wszystko zniszczyć! Naszą rodzinę, dom… Tata nic ci nie zrobił!
Czuję, jak łzy napływają mi do oczu. Przez chwilę mam ochotę przyznać jej rację. Może rzeczywiście przesadzam? Może powinnam jeszcze poczekać, spróbować raz jeszcze? Ale potem przypominam sobie wszystkie te wieczory, kiedy siedziałam sama w kuchni, słuchając ciszy przerywanej tylko stukotem klawiszy komputera mojego męża. Przypominam sobie te wszystkie święta, kiedy uśmiechałam się do gości, a w środku czułam się jak duch.
Mój mąż, Andrzej, zawsze był człowiekiem zamkniętym w sobie. Pracował jako informatyk w jednej z łódzkich firm i całe życie wydawało się dla niego czymś do zaprogramowania: dom, dziecko, żona – wszystko miało swoje miejsce i funkcję. Ja byłam tą funkcją. Przez lata próbowałam się dopasować. Gotowałam jego ulubione dania, dbałam o dom, pomagałam Zosi w lekcjach. Ale z każdym rokiem czułam się coraz bardziej niewidzialna.
Pamiętam dzień, kiedy po raz pierwszy pomyślałam o rozwodzie. Była sobota, Andrzej znów nie wrócił na czas na obiad. Zosia siedziała przy stole i bawiła się telefonem.
– Mamo, tata znowu nie przyjdzie? – zapytała cicho.
– Pewnie jest zajęty – odpowiedziałam automatycznie.
Ale wtedy coś we mnie pękło. Zrozumiałam, że nie chcę już dłużej tłumaczyć jego nieobecności. Nie chcę być tylko dodatkiem do jego życia.
Przez kilka miesięcy zbierałam się na odwagę. Rozmawiałam z koleżankami z pracy – pracuję jako bibliotekarka w jednej z łódzkich szkół podstawowych – i słuchałam ich historii. Jedna z nich powiedziała mi kiedyś: „Elka, życie jest jedno. Albo je przeżyjesz po swojemu, albo przeleci ci przez palce.”
W końcu podjęłam decyzję. Złożyłam pozew o rozwód. Andrzej nie powiedział nic. Po prostu spojrzał na mnie tym swoim pustym wzrokiem i wyszedł z domu.
Od tamtej pory wszystko się zmieniło. Zosia przestała ze mną rozmawiać. Moja matka zadzwoniła i przez godzinę przekonywała mnie, że robię największy błąd życia.
– Elżbieta, co ludzie powiedzą? – pytała z rozpaczą w głosie. – Przecież Andrzej to dobry człowiek! Nie pije, nie bije…
– Mamo, ale ja jestem nieszczęśliwa – odpowiedziałam cicho.
– Szczęście to nie wszystko! Liczy się rodzina!
Zaczęłam się zastanawiać: czy naprawdę jestem taka samolubna? Czy moje pragnienie wolności jest ważniejsze niż spokój mojej rodziny?
W pracy też nie było łatwo. Koleżanki patrzyły na mnie z mieszaniną współczucia i ciekawości.
– Elka, a co ty teraz zrobisz? – zapytała Basia podczas przerwy na kawę.
– Nie wiem… Może zacznę żyć po swojemu? – odpowiedziałam z wymuszonym uśmiechem.
Wieczorami siadałam przy oknie i patrzyłam na światła Łodzi. Czułam się jak dziecko we mgle. Bałam się samotności bardziej niż czegokolwiek innego. Ale jeszcze bardziej bałam się tego, że za dziesięć lat spojrzę w lustro i nie rozpoznam siebie.
Najtrudniejsze były rozmowy z Zosią. Pewnego wieczoru weszła do mojego pokoju i usiadła na łóżku.
– Mamo… Czy ty już nas nie kochasz?
Złapałam ją za rękę.
– Kocham cię najbardziej na świecie. Ale muszę też kochać siebie.
Zosia rozpłakała się i wybiegła z pokoju. Siedziałam długo w ciszy, czując ciężar jej łez na swoim sercu.
Czasem myślę o tym wszystkim, co mogłabym zrobić inaczej. Może powinnam była walczyć o Andrzeja? Może powinnam była bardziej się starać? Ale potem przypominam sobie te wszystkie dni, kiedy czułam się jak cień samej siebie.
Dziś stoję w kuchni z papierami rozwodowymi w dłoni i wiem jedno: nie chcę już żyć cudzym życiem. Chcę być sobą – nawet jeśli oznacza to samotność i niezrozumienie ze strony najbliższych.
Patrzę przez okno na szare ulice Łodzi i pytam sama siebie: ile z nas jeszcze żyje cudzym życiem, bo boi się opinii innych? Ile kobiet codziennie tłumi swoje marzenia tylko dlatego, że „tak trzeba”? Może czas przestać się bać i zacząć żyć naprawdę?