Telefon, który rozdarł moje serce: Czy można wybaczyć ojcu po dwudziestu latach?

– Mamo, odbierz, proszę… – szepnęłam do siebie, patrząc na migający ekran telefonu. Był poniedziałek, szary i zimny, a ja właśnie szykowałam się do pracy. Numer nieznany, ale coś w środku kazało mi odebrać. – Halo? – usłyszałam w słuchawce cichy, lekko drżący głos kobiety. – Czy rozmawiam z panią Anną Nowak? Tu oddział wewnętrzny Szpitala Wojewódzkiego w Krakowie. Pani ojciec, pan Stanisław Nowak, został dziś przyjęty w ciężkim stanie. Potrzebujemy kogoś z rodziny…

Serce mi stanęło. Ojciec? Ten sam, który dwadzieścia lat temu wyszedł z domu i nigdy nie wrócił? Ten, którego twarz pamiętałam już tylko z wyblakłych zdjęć i kilku wspomnień z dzieciństwa? Przez chwilę nie mogłam złapać tchu. – Przepraszam, ale… czy to na pewno mój ojciec? – zapytałam głosem pełnym niedowierzania. – Tak, miał przy sobie pani numer telefonu. Proszę przyjechać jak najszybciej.

Odłożyłam słuchawkę i usiadłam na łóżku. W głowie kłębiły się myśli: „Dlaczego teraz? Dlaczego ja?” Przez lata próbowałam zapomnieć o jego istnieniu. Mama nigdy nie mówiła źle o ojcu, ale jej oczy zawsze zdradzały ból i rozczarowanie. Ja nauczyłam się żyć bez niego – sama kończyłam szkołę, sama płakałam po pierwszych zawodach miłosnych, sama dźwigałam ciężar dorosłości.

Zadzwoniłam do mamy. – Mamo… zadzwonili ze szpitala. Tata jest w ciężkim stanie…

Po drugiej stronie cisza. – Aniu, to twoja decyzja – powiedziała cicho. – Ja już swoje przeżyłam.

Wzięłam głęboki oddech i pojechałam do szpitala. Korytarze pachniały środkami dezynfekującymi i strachem. Pielęgniarka zaprowadziła mnie do sali. Na łóżku leżał mężczyzna, którego ledwo poznałam. Wychudzony, z siwymi włosami i oczami pełnymi żalu.

– Aniu… – wyszeptał, gdy mnie zobaczył.

Nie wiedziałam, co powiedzieć. Przez chwilę stałam w drzwiach jak sparaliżowana. Wspomnienia wracały falami: ojciec śmiejący się przy stole, ojciec pakujący walizkę, matka płacząca w kuchni.

– Dlaczego? – wyrwało mi się nagle. – Dlaczego nas zostawiłeś?

Spojrzał na mnie z bólem. – Byłem tchórzem… Myślałem, że tak będzie lepiej…

– Lepiej dla kogo? Dla ciebie? Bo dla nas to był koszmar! Wiesz, ile razy marzyłam, żebyś wrócił? Ile razy nienawidziłam cię za to, że musiałam być silna za dwoje?

Łzy napłynęły mi do oczu. Chciałam go uderzyć i przytulić jednocześnie. Przez chwilę milczeliśmy.

– Przepraszam… – wyszeptał. – Nie proszę o wybaczenie. Chciałem tylko zobaczyć cię jeszcze raz…

Wyszłam na korytarz. Oparłam się o zimną ścianę i próbowałam złapać oddech. W głowie miałam chaos: gniew, żal, tęsknotę i… współczucie? Czy można współczuć komuś, kto cię tak zranił?

Przez kolejne dni wracałam do szpitala jak w transie. Rozmawialiśmy o wszystkim i o niczym: o moim dzieciństwie, o tym, jak bardzo brakowało mi ojca na szkolnych przedstawieniach; o tym, jak bardzo on żałuje każdego dnia spędzonego bez nas.

Pewnego wieczoru przyszła do mnie mama.

– Aniu, nie musisz tego robić dla mnie – powiedziała cicho. – Ale pamiętaj: przebaczenie jest dla ciebie, nie dla niego.

Zrozumiałam wtedy, że noszę w sobie ciężar, który mnie niszczy. Że nienawiść do ojca stała się częścią mnie i nie pozwala mi być szczęśliwą.

Ostatniego dnia jego życia usiadłam przy jego łóżku.

– Tato… Nie wiem, czy potrafię ci wybaczyć wszystko. Ale nie chcę już żyć z tym bólem.

Uśmiechnął się słabo i ścisnął moją dłoń.

– Dziękuję…

Gdy odszedł tej nocy, poczułam ulgę i smutek jednocześnie. Wiedziałam, że już nigdy nie będę tą samą osobą.

Dziś często wracam myślami do tamtych dni. Czy zrobiłam dobrze? Czy przebaczenie naprawdę uwalnia? A może są rany, które nigdy się nie zabliźnią?