Przyjęłam ją jak własną córkę – a jednak złamała mi serce. Czy można zbudować rodzinę bez więzów krwi?
– Zosiu, gdzie są pieniądze z mojego portfela? – mój głos drżał, choć starałam się brzmieć spokojnie. Stała przede mną, skulona, z oczami wbitymi w podłogę. W kuchni pachniało jeszcze obiadem, a za oknem szarzał listopadowy wieczór. Mój mąż, Tomek, patrzył na nas z napięciem, ściskając w dłoni kubek z herbatą.
– Nie wiem – odpowiedziała cicho, a ja poczułam, jak coś we mnie pęka. Przez chwilę miałam ochotę ją przytulić, jak wtedy, gdy przyszła do nas po raz pierwszy – wystraszona, milcząca trzynastolatka z domu dziecka. Ale teraz była już prawie dorosła i między nami stał mur.
Zosia pojawiła się w naszym życiu nagle. Po latach bezskutecznych prób zajścia w ciążę i bolesnych poronieniach zdecydowaliśmy się z Tomkiem na adopcję. Zosia była trudna – zamknięta w sobie, nieufna, czasem agresywna. Ale pokochałam ją od pierwszego dnia. Przez lata starałam się być dla niej matką: chodziłam na wywiadówki, gotowałam jej ulubione naleśniki, tuliłam w nocy, gdy śniły jej się koszmary.
Wiedziałam, że nie będzie łatwo. Ale nie sądziłam, że aż tak bardzo zaboli.
Ostatnie miesiące były trudne. Zosia zaczęła wracać późno do domu, zamykała się w pokoju, przestała rozmawiać. Tłumaczyłam sobie: bunt nastolatki. Ale kiedy zaczęły ginąć pieniądze – najpierw drobne kwoty z portfela Tomka, potem większe sumy z mojej torebki – poczułam niepokój. Próbowałam rozmawiać, prosić o szczerość. Każda rozmowa kończyła się trzaskiem drzwi.
Tego wieczoru znalazłam w jej plecaku kopertę z pieniędzmi i paragonami za drogie ubrania. Serce mi zamarło. Zosia siedziała na łóżku, słuchawki w uszach, udając że mnie nie widzi.
– Zosiu, musimy porozmawiać – powiedziałam drżącym głosem.
– Nie mam o czym – rzuciła beznamiętnie.
– Ukradłaś te pieniądze? – zapytałam wprost.
Milczała długo. W końcu spojrzała na mnie z pogardą:
– To nie twoje sprawy. Nie jesteś moją matką.
Te słowa uderzyły mnie mocniej niż cokolwiek wcześniej. Poczułam się jak intruz we własnym domu. Tomek próbował mediować:
– Zosiu, mama tylko się martwi…
– Ona nie jest moją mamą! – wrzasnęła Zosia i wybiegła z pokoju.
Siedzieliśmy z Tomkiem w ciszy. On próbował mnie pocieszać, ale widziałam w jego oczach bezradność. Nasze małżeństwo zaczęło się kruszyć pod ciężarem tej sytuacji. Coraz częściej kłóciliśmy się o Zosię: ja chciałam walczyć o nią do końca, on miał dość ciągłego napięcia.
Zosia wracała coraz później, czasem znikała na całe noce. Policja przywiozła ją raz spod galerii handlowej – była pijana i agresywna. Wtedy po raz pierwszy poczułam strach: czy naprawdę możemy jej pomóc? Czy jestem wystarczająco dobrą matką?
Próbowałam wszystkiego: terapii rodzinnej, rozmów z psychologiem szkolnym, nawet wspólnych wyjazdów na weekendy. Nic nie działało. Zosia zamknęła się w sobie na dobre.
Pewnego dnia znalazłam list na stole:
„Nie szukajcie mnie. Nie chcę tu być. Nigdy nie będziesz moją matką.”
Płakałam całą noc. Tomek milczał – chyba miał żal do mnie, że tak bardzo się starałam i nic z tego nie wyszło. Przez kolejne tygodnie żyliśmy jak obcy ludzie pod jednym dachem.
Zosia wróciła po miesiącu – wychudzona, zmęczona, z pustym spojrzeniem. Nie pytałam gdzie była. Przygotowałam jej kąpiel i czyste ubrania. Usiadłyśmy razem przy stole.
– Dlaczego? – zapytałam cicho.
Wzruszyła ramionami.
– Bo nie umiem inaczej.
Nie wiem, czy kiedykolwiek będziemy rodziną. Może nigdy nie usłyszę od niej „mamo”. Może zawsze będę tylko tą kobietą, która próbowała ją pokochać.
Ale czy to znaczy, że przegrałam? Czy można być matką dla kogoś, kto nie chce być twoim dzieckiem? Czy więzy krwi naprawdę są ważniejsze niż miłość i poświęcenie?
Czasem patrzę na Zosię i myślę: ile jeszcze jestem w stanie znieść? Ile razy można próbować od nowa?
A wy… co byście zrobili na moim miejscu? Czy można zbudować prawdziwą rodzinę bez więzów krwi?