Pomogliśmy sąsiadce, a ona zgłosiła nas do opieki społecznej – czy dobroć naprawdę się nie opłaca?
– Jelena, nie idź tam sama! – usłyszałam za plecami głos mojego męża, Marka, kiedy już zakładałam buty. Ale ja wiedziałam swoje. Pani Zofia z mieszkania naprzeciwko znowu nie odbierała telefonu, a od rana nikt jej nie widział. Miała już 83 lata, była wdową, dzieci mieszkały za granicą. Od kiedy pamiętam, zawsze była trochę podejrzliwa, ale przecież to normalne w tym wieku.
Zapukałam delikatnie do drzwi. Cisza. Znowu. W końcu usłyszałam szuranie kapci i cichy głos: – Kto tam?
– To ja, Jelena. Przyniosłam pani zupę i świeże bułki.
Drzwi otworzyły się na łańcuszku. Pani Zofia spojrzała na mnie podejrzliwie spod siwych brwi.
– Nie trzeba było… – mruknęła, ale wzięła siatkę z jedzeniem.
– Proszę się nie martwić, to żaden kłopot. Gdyby pani czegoś potrzebowała, proszę dzwonić – uśmiechnęłam się, choć czułam, że coś jest nie tak.
Wróciłam do mieszkania i opowiedziałam Markowi o spotkaniu. Wzruszył ramionami.
– Może ona po prostu nie chce naszej pomocy? Może czuje się upokorzona?
– Ale przecież sama mówiła, że nie ma siły chodzić po zakupy! – broniłam się.
Przez kolejne tygodnie regularnie zaglądałam do pani Zofii. Pomagałam jej z zakupami, czasem sprzątałam łazienkę albo przynosiłam świeże pranie. Czułam się potrzebna. Może nawet za bardzo.
Aż pewnego dnia wszystko się zmieniło.
Był piątek, wracałam z pracy później niż zwykle. Na klatce schodowej czekała na mnie sąsiadka z drugiego piętra, pani Halina.
– Jelena, słyszałaś? Pani Zofia zgłosiła cię do opieki społecznej! Mówi, że ją nachodzisz i zabierasz jej rzeczy!
Zamarłam. Przez chwilę myślałam, że to żart.
– Co? Przecież ja tylko jej pomagałam!
– No właśnie… Ale ona mówi, że boisz się ją zostawić samą i że coś jej grozi. Że zabierasz jej pieniądze i dokumenty.
Poczułam, jak robi mi się słabo. Wróciłam do mieszkania i opowiedziałam wszystko Markowi.
– Mówiłem ci! – wybuchnął. – Trzeba było się nie wtrącać!
Nie spałam całą noc. Rano zadzwonił telefon.
– Dzień dobry, tu Anna Nowak z Miejskiego Ośrodka Pomocy Społecznej. Otrzymaliśmy zgłoszenie dotyczące możliwego naruszenia dóbr osobistych pani Zofii Kowalskiej przez panią Jelene Nowak…
Głos urzędniczki był chłodny i rzeczowy. Umówiłyśmy się na spotkanie w moim mieszkaniu.
Przez cały dzień czułam na sobie spojrzenia sąsiadów. Ktoś szepnął coś na klatce schodowej, ktoś inny odwrócił wzrok. Nawet dzieci przestały mówić mi „dzień dobry”.
Kiedy przyszła pani z opieki społecznej, byłam już wrakiem człowieka.
– Proszę mi powiedzieć, co się wydarzyło – zaczęła spokojnie.
Opowiedziałam wszystko: o zakupach, o sprzątaniu, o rozmowach przy herbacie. Pokazałam nawet paragony ze sklepu i wiadomości SMS od pani Zofii z prośbami o pomoc.
– Rozumiem… – westchnęła urzędniczka. – Niestety musimy to wyjaśnić. Pani Zofia twierdzi, że czuje się przez panią kontrolowana i zastraszana.
Zastraszana? Ja? Przecież nigdy nawet nie podniosłam na nią głosu!
Wieczorem zadzwoniła moja mama.
– Jeleno, co ty narobiłaś? Cały blok o tym mówi! Po co ci to było?
Poczułam łzy pod powiekami.
– Chciałam tylko pomóc… – wyszeptałam.
Przez kolejne dni żyliśmy jak w złym śnie. Marek coraz częściej milczał przy kolacji. Córka Ola zaczęła unikać wspólnych spacerów – bała się spotkać koleżanki z klasy.
W końcu postanowiłam porozmawiać z panią Zofią twarzą w twarz.
Zapukałam do jej drzwi. Otworzyła niechętnie.
– Czego pani chce?
– Chciałam zapytać… dlaczego to pani zrobiła? Przecież tylko chciałam pomóc…
Spojrzała na mnie twardo.
– Nie prosiłam pani o litość! Nie jestem żadną biedaczką! Wszyscy tu patrzą na mnie jak na starą wariatkę! A pani… pani myśli, że wie lepiej ode mnie, czego mi trzeba!
Zaniemówiłam. Nigdy nie przyszło mi do głowy, że moja pomoc może być odebrana jako upokorzenie.
Wróciłam do mieszkania i długo płakałam. Marek objął mnie bez słowa.
Ostatecznie sprawa została umorzona – opieka społeczna uznała, że nie ma podstaw do dalszych działań. Ale plotki zostały. Sąsiedzi już nigdy nie patrzyli na mnie tak samo.
Minęło kilka miesięcy. Pani Zofia coraz rzadziej wychodzi z domu. Ja nauczyłam się trzymać dystans – nawet jeśli widzę kogoś potrzebującego pomocy, najpierw pytam dziesięć razy, czy naprawdę tego chce.
Czasem myślę o tym wszystkim i pytam siebie: czy warto być dobrym w świecie pełnym podejrzliwości? Czy dobroć naprawdę zawsze wraca? A może czasem lepiej po prostu odwrócić wzrok i zająć się własnym życiem?