Pod jednym dachem: Kiedy rodzicielstwo staje się ciężarem – Moja walka o siebie i rodzinę

— Nie dam już rady! — krzyknęłam, czując jak łzy spływają mi po policzkach. Stałam w kuchni, opierając się o blat, a Piotr patrzył na mnie z niedowierzaniem. Antek płakał w sypialni, jego krzyk rozdzierał ciszę naszego mieszkania na warszawskim Ursynowie. Była trzecia w nocy, a ja czułam się jak cień samej siebie.

— Agnieszka, przecież to tylko dziecko. Musisz się ogarnąć — powiedział Piotr, zniecierpliwiony. — Muszę rano wstać do pracy.

W tamtej chwili miałam ochotę wyjść i nie wracać. Ale zostałam. Bo przecież matka nie zostawia swojego dziecka. Bo przecież żona nie zostawia męża w trudnych chwilach. Tak mnie wychowano. Tak mi powtarzano.

Kiedy zaszłam w ciążę, byłam szczęśliwa. Piotr też. Kupiliśmy łóżeczko, pastelowe śpioszki, czytaliśmy poradniki dla rodziców. Wydawało się, że jesteśmy gotowi na wszystko. Ale nikt nie mówił o tym, co dzieje się potem — kiedy hormony opadają, a rzeczywistość przygniata jak betonowa płyta.

Antek urodził się w listopadzie. Było zimno i szaro, a ja czułam się coraz bardziej samotna. Mama dzwoniła codziennie, pytając: „Jak sobie radzisz?”. Kłamałam: „Dobrze, mamo”. Bo jak powiedzieć własnej matce, że nie czuję radości? Że patrzę na swoje dziecko i czuję tylko strach i zmęczenie?

Piotr wracał z pracy późno, zmęczony i rozdrażniony. — Znowu nie ma obiadu? — pytał czasem, rzucając torbę na podłogę. — Przecież siedzisz cały dzień w domu.

Nie wiedziałam, jak mu wyjaśnić, że cały dzień to walka: o każdą drzemkę Antka, o każdą chwilę ciszy, o własną głowę, która pękała od niewyspania. Zazdrościłam mu tej pracy, tej możliwości wyjścia z domu, rozmów z ludźmi.

Pewnego dnia zadzwoniła do mnie Magda, moja przyjaciółka jeszcze z liceum:

— Aga, co u ciebie? Dawno się nie widziałyśmy!

— Wiesz… jakoś leci — odpowiedziałam wymijająco.

— Słuchaj, może wyskoczymy na kawę? Potrzebujesz oddechu.

Chciałam odmówić, ale coś we mnie pękło. Spotkałyśmy się w małej kawiarni na Kabatach. Magda spojrzała na mnie uważnie:

— Wyglądasz… inaczej. Wszystko okej?

I wtedy zaczęłam płakać. W środku kawiarni, przy ludziach. Opowiedziałam jej wszystko: o bezsenności, o strachu przed każdym nowym dniem, o tym, że czasem mam ochotę uciec.

— Aga, to może być depresja poporodowa — powiedziała cicho Magda. — Musisz z kimś pogadać. To nie jest twoja wina.

Wróciłam do domu z ulotką o wsparciu dla młodych matek. Piotr spojrzał na nią z niechęcią:

— Co to za bzdury? Każda matka jest zmęczona. Przesadzasz.

Zacisnęłam zęby i milczałam. Ale w środku narastała we mnie złość. Dlaczego nikt mnie nie rozumie? Dlaczego wszyscy oczekują ode mnie siły?

Zaczęłam chodzić na spotkania grupy wsparcia. Siedziałyśmy w kręgu — ja, Kasia z Pragi Południe, Basia z Mokotowa, Iwona z Woli. Każda miała swoją historię. Każda płakała i śmiała się na zmianę.

— Mój mąż też tego nie rozumie — mówiła Kasia. — Myśli, że przesadzam.

— Ja czasem mam ochotę wyjść i nie wracać — przyznała Basia.

Poczułam ulgę. Nie jestem sama.

Ale w domu było coraz gorzej. Piotr zamykał się w sobie. Unikał rozmów. Kiedy próbowałam mu opowiedzieć o swoich uczuciach, przewracał oczami:

— Może powinnaś wrócić do pracy? Zajmiesz się czymś innym niż dziecko i te swoje smutki.

Ale ja nie byłam gotowa zostawić Antka w żłobku. Bałam się o niego i o siebie.

Pewnej nocy Antek dostał gorączki. Siedziałam przy jego łóżeczku całą noc, przykładając chłodne kompresy do jego czoła. Piotr spał w drugim pokoju.

Nad ranem zadzwoniłam do mamy:

— Mamo… ja już nie daję rady.

Przyjechała tego samego dnia z Torunia. Przytuliła mnie mocno:

— Agnieszko, musisz zadbać też o siebie. Dziecko potrzebuje szczęśliwej mamy.

Zaczęłam terapię u psychologa na NFZ. To był pierwszy krok do odzyskania siebie.

Piotr był coraz bardziej nieobecny. Zaczął wracać później niż zwykle, czasem czułam od niego alkohol.

— Co się z nami dzieje? — zapytałam któregoś wieczoru.

— Nie wiem… Może już nas nie ma? — odpowiedział cicho.

Przez kilka tygodni żyliśmy obok siebie jak współlokatorzy. Rozważaliśmy nawet separację.

Ale pewnego dnia Antek zrobił pierwszy krok. Upadł i rozpłakał się, a ja podniosłam go i przytuliłam mocno do siebie. Spojrzałam na Piotra — stał w drzwiach i patrzył na nas ze łzami w oczach.

— Przepraszam — powiedział tylko.

Usiedliśmy razem na podłodze i długo rozmawialiśmy — pierwszy raz od miesięcy naprawdę szczerze.

To nie był koniec naszych problemów, ale początek nowej drogi. Zaczęliśmy chodzić razem na terapię dla par. Uczyliśmy się mówić o swoich uczuciach bez wstydu i pretensji.

Dziś wiem jedno: rodzicielstwo to nie tylko radość i uśmiechy z reklam pieluch. To też łzy, bezsilność i samotność — nawet pod jednym dachem z najbliższymi.

Ale jeśli znajdziesz w sobie odwagę poprosić o pomoc i zaczniesz mówić prawdę — możesz odnaleźć siebie na nowo.

Czy Wy też mieliście momenty zwątpienia? Jak radziliście sobie z kryzysem w rodzinie? Czy naprawdę musimy być zawsze silni?