Po 35 latach razem – jak rozpadło się nasze małżeństwo, które wydawało się niezniszczalne
– Znowu zapomniałeś o moich lekach, Andrzej! – krzyknęłam, czując jak głos mi drży. Stałam w kuchni, z rękami opartymi o blat, a przez okno wpadało blade, listopadowe światło. Andrzej nawet nie podniósł wzroku znad gazety. – Przecież mówiłem, że kupię jutro. Przestań się czepiać.
To był Dzień Wszystkich Świętych. Dzieci wyjechały do znajomych, zostawiając nam pod opieką swojego psa, Fafika. Miało być spokojnie, mieliśmy odpocząć od zgiełku i cieszyć się sobą. Ale od rana czułam w powietrzu napięcie – to samo, które narastało od miesięcy, może nawet lat.
Przez 35 lat byliśmy razem. Poznaliśmy się na studiach w Krakowie – on był wtedy pewnym siebie studentem polonistyki, ja – nieśmiałą dziewczyną z małego miasteczka. Zakochałam się w nim od pierwszego wejrzenia. Wzięliśmy ślub w kościele św. Anny, potem przyszły dzieci: Kasia i Tomek. Pracowaliśmy ciężko, żeby zapewnić im wszystko, co najlepsze. Były kredyty, choroby, kłótnie o pieniądze i te drobne codzienne sprawy, które wtedy wydawały się końcem świata.
Ale zawsze wracaliśmy do siebie. Po każdej burzy przychodziło słońce – tak przynajmniej myślałam. Aż do teraz.
Ostatnie lata były inne. Dzieci wyjechały na studia, potem założyły własne rodziny. Dom stał się cichy, za cichy. Andrzej coraz częściej zamykał się w swoim świecie: telewizor, krzyżówki, czasem spotkania z kolegami na piwie. Ja próbowałam znaleźć sens w ogrodzie, książkach i rozmowach z sąsiadkami. Ale coraz częściej łapałam się na tym, że rozmawiam sama ze sobą.
– Może byśmy gdzieś pojechali? – zaproponowałam pewnego wieczoru. – Nad morze? Albo do Zakopanego?
– Po co? – odpowiedział bez entuzjazmu. – Przecież tu mamy wszystko.
Nie miałam już siły przekonywać go do czegokolwiek. Czułam się niewidzialna.
W tamten listopadowy dzień Fafik rozbił wazon po babci. Krzyknęłam na psa, a Andrzej nagle wybuchł:
– Zawsze musisz robić z igły widły! To tylko wazon!
– To był prezent od mojej mamy! – odparłam ze łzami w oczach.
– Twoja mama nie żyje od dziesięciu lat! Może czas przestać żyć przeszłością?
Zamarłam. W tej jednej chwili poczułam całą gorycz tych lat – jego obojętność, moje poczucie winy za wszystko, co poszło nie tak. Wybiegłam z domu i długo chodziłam po parku, płacząc jak dziecko.
Wieczorem próbowałam z nim rozmawiać.
– Andrzej… czy ty mnie jeszcze kochasz?
Spojrzał na mnie zmęczonym wzrokiem.
– Nie wiem. Chyba już nie potrafię.
To bolało bardziej niż cokolwiek wcześniej. Przez kolejne dni mijaliśmy się jak obcy ludzie. Dzieci dzwoniły rzadko – miały swoje życie, swoje problemy. Nie chciałam ich martwić.
W końcu usiedliśmy przy stole i zaczęliśmy mówić o rozwodzie. Bez krzyków, bez łez – tylko chłodna kalkulacja: kto zostaje w mieszkaniu, kto bierze samochód, jak podzielić oszczędności. Byliśmy jak dwójka księgowych rozliczających wspólne życie.
Kasia przyjechała tydzień później.
– Mamo, tato… czy wy naprawdę chcecie to zrobić? Po tylu latach?
Patrzyła na nas z niedowierzaniem i żalem.
– Może jeszcze spróbujecie terapii? Albo pojedźcie razem na wakacje?
Andrzej tylko wzruszył ramionami.
– To nie ma sensu.
Tomek był bardziej stanowczy:
– Jeśli to was uszczęśliwi… Ale pamiętajcie, że dla nas to też jest trudne.
Wtedy dotarło do mnie, że nie tylko my cierpimy – dzieci też tracą coś ważnego. Ale czy można żyć tylko dla innych?
Nadszedł dzień rozprawy sądowej. Siedzieliśmy obok siebie na twardych ławkach, milcząc. Patrzyłam na Andrzeja i widziałam w nim tego młodego chłopaka sprzed lat – ale już tylko przez chwilę.
Sędzia zadawał pytania mechanicznie: czy decyzja jest przemyślana? Czy nie ma szans na pojednanie? Odpowiadaliśmy zgodnie: nie ma.
Po wszystkim wyszliśmy na ulicę. Padał deszcz ze śniegiem. Andrzej odprowadził mnie do tramwaju i powiedział cicho:
– Przepraszam.
Nie odpowiedziałam. Wsiadłam do tramwaju i patrzyłam przez zaparowane okno na szare miasto.
Teraz siedzę sama w naszym dawnym salonie i próbuję poukładać sobie życie na nowo. Czasem myślę o tym wszystkim dobrym, co nas łączyło – i o tym, co nas podzieliło.
Czy można naprawdę znać drugiego człowieka – nawet po 35 latach wspólnego życia? Czy samotność jest lepsza niż życie obok kogoś, kto już dawno przestał być bliski? Co wy byście zrobili na moim miejscu?