Noc, w której straciłam wszystko, ale odnalazłam siebie – Moja walka o wolność z piekła domowego
— Nie wyjdziesz stąd, rozumiesz?! — wrzasnął Piotr, trzaskając drzwiami tak mocno, że szyby w oknach zadźwięczały. Stałam w kuchni, ściskając w dłoni telefon. Moje palce drżały, a serce waliło jak oszalałe. Dzieci spały w pokoju obok — przynajmniej taką miałam nadzieję. Bałam się, że usłyszą ten krzyk i znowu będą płakać przez całą noc.
To nie był pierwszy raz. Ale tej nocy coś we mnie pękło. Może to przez to, jak Piotr rzucił talerzem o ścianę, może przez to, jak patrzył na mnie z pogardą, jakby chciał mnie zniszczyć samym wzrokiem. Albo przez to, że kiedy próbowałam zadzwonić do mamy, usłyszałam tylko: „Nie przesadzaj, Aniu. Każdy ma czasem gorszy dzień.”
Zawsze byłam tą „grzeczną córką”, która nie sprawia problemów. Kiedyś myślałam, że rodzina to bezpieczna przystań. Ale tej nocy zrozumiałam, że jestem sama. Sama z dwójką dzieci i mężem, który zamienił nasze mieszkanie na warszawskim Bródnie w więzienie.
Wyszłam na balkon. Zimny wiatr uderzył mnie w twarz. Wzięłam głęboki oddech i spojrzałam na światła miasta. Wtedy podjęłam decyzję. Muszę uciec. Teraz albo nigdy.
Wróciłam do pokoju dzieci. Zosia spała skulona pod kołdrą, Kuba miał otwarte oczy i patrzył na mnie ze strachem.
— Mamusiu… — wyszeptał. — Tata znowu krzyczy?
Poczułam łzy napływające do oczu.
— Już wszystko dobrze, kochanie — skłamałam. — Ubierz się cicho. Idziemy na wycieczkę.
Nie wiem, skąd miałam tyle odwagi. Spakowałam najpotrzebniejsze rzeczy do starej torby sportowej: ubrania dla dzieci, dokumenty, trochę pieniędzy schowanych na czarną godzinę. Piotr siedział w salonie przed telewizorem i pił kolejne piwo. Przeszliśmy obok niego na palcach. Przez chwilę myślałam, że nas zauważył — ale tylko burknął coś pod nosem i sięgnął po pilota.
Na klatce schodowej Kuba zapytał:
— Dokąd idziemy?
— Do cioci Kasi — powiedziałam bez przekonania. Kasia była moją przyjaciółką jeszcze z liceum. Zawsze powtarzała: „Jakby co, dzwoń do mnie o każdej porze.”
Na dworze było zimno i ciemno. Przystanek autobusowy wydawał się być na końcu świata. Dzieci tuliły się do mnie, a ja czułam się jak bohaterka taniego filmu o ucieczce.
Wybrałam numer Kasi. Po trzech sygnałach odebrała.
— Anka? Co się stało?
— Muszę… muszę u ciebie przenocować. Z dziećmi. Proszę.
Po drugiej stronie zapadła cisza.
— Wiesz… Tomek jest chory… Mama przyjechała… Nie wiem, czy to dobry moment…
Zamarłam. Nawet ona? Nawet ona nie chce mi pomóc?
— Rozumiem — powiedziałam cicho i rozłączyłam się.
Stałam na przystanku z dwójką dzieci i torbą pełną strachu. Autobus nadjechał po dziesięciu minutach. Wsiadłam bez planu, bez celu.
Wysiedliśmy w centrum Warszawy. Było już po północy. Dzieci były zmęczone i głodne.
— Mamusiu… boli mnie brzuszek — jęknęła Zosia.
Przytuliłam ją mocno.
— Zaraz coś zjemy, kochanie.
Weszliśmy do całodobowego sklepu spożywczego. Kupiłam bułki i sok za ostatnie pieniądze. Sprzedawczyni spojrzała na nas podejrzliwie.
— Wszystko w porządku? — zapytała cicho.
Chciałam krzyknąć: „Nie! Nic nie jest w porządku!” Ale tylko skinęłam głową i wyszliśmy na ulicę.
Przez chwilę myślałam o policji. Ale co im powiem? Że mąż krzyczy? Że rzuca talerzami? Przecież nie mam siniaków ani złamanych kości. W Polsce to za mało.
Usiedliśmy na ławce przy Placu Bankowym. Dzieci zasypiały mi na kolanach.
Wtedy zadzwoniła mama.
— Aniu! Gdzie ty jesteś?! Piotr dzwonił! Mówił, że uciekłaś! Co ty wyprawiasz?!
— Mamo… On mnie bije… On nas straszy…
— Przestań wymyślać! Piotr to dobry człowiek! Zawsze był dla ciebie wsparciem!
Poczułam się tak, jakby ktoś uderzył mnie w twarz.
Rozłączyłam się i zaczęłam płakać bezgłośnie, żeby nie obudzić dzieci.
Nie wiem ile czasu tam siedzieliśmy. W końcu podszedł do nas starszy pan w odblaskowej kamizelce.
— Wszystko w porządku? Potrzebujecie pomocy?
Spojrzałam na niego i pierwszy raz tej nocy poczułam coś na kształt nadziei.
— Tak… Potrzebuję pomocy — wyszeptałam.
Zadzwonił po straż miejską. Zabrali nas do noclegowni dla kobiet z dziećmi na Pradze. Tam pierwszy raz od lat zasnęłam spokojnie — choć na twardym materacu i pod cienkim kocem.
Rano obudziła mnie kobieta o ciepłym głosie:
— Jestem pani Ewa, psycholog. Chce pani porozmawiać?
Opowiedziałam jej wszystko: o Piotrze, o mamie, o Kasi… O tym, jak bardzo się boję i jak bardzo nie chcę wracać do tamtego mieszkania.
— Jest pani silniejsza niż myśli — powiedziała Ewa. — To dopiero początek nowego życia.
Nie wierzyłam jej wtedy. Ale dziś wiem, że miała rację.
Minęły dwa lata od tamtej nocy. Mam własne mieszkanie socjalne na Targówku, pracuję jako opiekunka w żłobku. Dzieci chodzą do szkoły i przestały się bać każdego dźwięku za ścianą.
Czasem jeszcze budzę się w środku nocy z lękiem w sercu. Ale już wiem: przetrwałam najgorsze.
Czy naprawdę musimy upaść na samo dno, żeby odnaleźć własną siłę? Dlaczego tak trudno uwierzyć w siebie wtedy, gdy cały świat odwraca wzrok?