Niewidzialny Ciężar Miłości: Historia Ewy i Moja Walka o Akceptację
— Znowu to samo, Karolina — westchnęła Ewa, patrząc na mnie spod grzywki, gdy siedziałyśmy w kuchni mojej mamy. — Zrobiłam sernik, a ciocia Basia nawet nie spróbowała. Tylko rzuciła mi to swoje spojrzenie… Wiesz, to spojrzenie, które mówi: „Może już wystarczy ci tych słodkości?”
Zacisnęłam dłonie na kubku herbaty. W powietrzu unosił się zapach wanilii i karmelu, a ja czułam, jak narasta we mnie gniew. Ewa była mistrzynią wypieków — jej sernik był lekki jak chmurka, a makowiec rozpływał się w ustach. Ale dla mojej rodziny liczyło się tylko jedno: jej waga.
— To nie fair — powiedziałam cicho. — Gdybyś była szczupła, wszyscy by się zachwycali. A tak… — urwałam, bo wiedziałam, że Ewa zna zakończenie tego zdania aż za dobrze.
Ewa wzruszyła ramionami, ale widziałam łzy w jej oczach. — Wiesz, Karolina, czasem mam wrażenie, że jestem dla nich tylko „tą grubą od ciast”. Nawet nie próbują mnie poznać.
Wtedy drzwi do kuchni otworzyły się z hukiem. Moja mama weszła z naręczem prania.
— Dziewczyny, nie siedźcie tak bezczynnie! Ewa, może pomogłabyś mi rozwiesić pranie? Trochę ruchu dobrze ci zrobi.
Zamarłam. Ewa spuściła głowę i bez słowa wyszła za mamą. Zostałam sama z jej sernikiem i poczuciem winy.
Wieczorem zadzwoniłam do Ewy. Odebrała po kilku sygnałach.
— Przepraszam za mamę — zaczęłam niepewnie.
— Nie musisz przepraszać za innych — odpowiedziała cicho. — Ale czasem mam dość. Wiesz, że nawet mój tata mówi: „Ewka, kto cię zechce z takim wyglądem?”
Zrobiło mi się niedobrze. Pamiętałam, jak Ewa opowiadała o swoim dzieciństwie — o tym, jak w podstawówce dzieci wyśmiewały ją na lekcjach WF-u, jak nauczycielka biologii mówiła jej przy całej klasie, że powinna „ograniczyć słodycze”.
— Jesteś piękna — powiedziałam stanowczo. — I masz największe serce ze wszystkich ludzi, jakich znam.
Ewa zaśmiała się przez łzy. — Szkoda, że nie wszyscy to widzą.
Następnego dnia postanowiłam działać. Zaprosiłam Ewę do siebie na obiad i poprosiłam ją, żeby przygotowała coś wyjątkowego. Chciałam pokazać rodzinie jej talent — niech zobaczą coś więcej niż tylko jej wygląd.
Przyszła w nowej sukience w kwiaty, z włosami upiętymi w kok. Pachniała cynamonem i czymś jeszcze — może nadzieją?
— Dziś będzie kaczka z jabłkami i domowe kluski śląskie — oznajmiła z uśmiechem.
W kuchni panował gwar. Moja babcia przyglądała się Ewie z ukosa.
— Taka młoda, a już taka… no… postawna — mruknęła do mamy.
Zignorowałam to. Pomagałam Ewie kroić jabłka i mieszać ciasto na kluski. Rozmawiałyśmy o wszystkim i o niczym, śmiejąc się jak dawniej.
Gdy usiedliśmy do stołu, zapadła cisza. Wszyscy patrzyli na talerze pełne aromatycznej kaczki i złocistych klusek.
— No dobrze, spróbujmy — powiedział dziadek z powagą.
Po pierwszym kęsie spojrzał na Ewę z uznaniem.
— Dziewczyno, masz rękę do kuchni! — pochwalił ją.
Babcia też nie mogła się powstrzymać:
— Kluski jak u mojej mamy…
Ewa rozpromieniła się. Przez chwilę była tylko utalentowaną kucharką, nie „tą grubą”.
Ale sielanka nie trwała długo. Po obiedzie mama odciągnęła mnie na bok.
— Karolina, nie powinnaś zachęcać Ewy do gotowania tyle jedzenia. To nie jest dla niej zdrowe.
Poczułam złość. — Mamo, ona gotuje dla nas wszystkich! Dlaczego zawsze widzisz tylko jej wagę?
Mama wzruszyła ramionami. — Martwię się o nią. I o ciebie też. Przyjaźń z Ewą… no wiesz… ludzie gadają.
Zatkało mnie. Czy naprawdę tak trudno zobaczyć człowieka pod powierzchnią?
Wieczorem poszłyśmy z Ewą na spacer nad Wisłę. Słońce zachodziło za horyzontem, a powietrze pachniało latem.
— Wiesz co? — zaczęła Ewa. — Czasem myślę, że nigdy nie będę wystarczająco dobra dla twojej rodziny. Ani dla swojej.
Zatrzymałam się i spojrzałam jej w oczy.
— Jesteś więcej niż wystarczająca. Jesteś najlepsza.
Uśmiechnęła się smutno.
— A jeśli nigdy nie znajdę kogoś, kto mnie pokocha taką, jaka jestem?
Objęłam ją mocno.
— Najpierw musisz pokochać siebie. A potem świat nie będzie miał wyjścia.
Milczałyśmy chwilę, słuchając szumu rzeki i odgłosów miasta.
Wróciłyśmy do domu późno. Mama już spała. Na stole leżał kawałek sernika Ewy — ktoś jednak go spróbował.
Patrzyłam na moją przyjaciółkę i czułam dumę. Za jej odwagę, za jej serce i za to, że mimo wszystko nie przestaje wierzyć w ludzi.
Czasem zastanawiam się: dlaczego tak trudno nam zobaczyć prawdziwe piękno? Czy naprawdę musimy ranić tych, którzy są inni? A może to my powinniśmy nauczyć się patrzeć głębiej?