„Nie, nie kupujemy tej kanapy. I na pewno nie tego stołu!” – czyli jak kredyt hipoteczny rozdzielił moją rodzinę
– Nie, nie kupujemy tej kanapy. I na pewno nie tego stołu! – głos mojej mamy odbił się echem od pustych ścian naszego nowego mieszkania. Stałam pośrodku salonu, trzymając w ręku katalog z meblami, a obok mnie mój mąż, Tomek, ściskał dłoń tak mocno, że aż zbielały mu knykcie.
To miał być nasz dzień. Nasz początek. Po latach wynajmowania kawalerek, po miesiącach walki z bankami, podpisywania setek papierów i liczenia każdego grosza, w końcu odebraliśmy klucze do własnego mieszkania na warszawskim Ursynowie. Marzyłam o tym odkąd pamiętam – o miejscu, które będzie tylko nasze, gdzie nikt nie będzie mówił mi, jak mam żyć. Ale już pierwszego dnia poczułam, że ta wolność jest tylko pozorna.
Mama weszła do środka jak do siebie. Zanim zdążyłam cokolwiek powiedzieć, zaczęła krytykować: – Ściany za jasne, okna za małe, a ta kuchnia to przecież się nie nadaje! – wyliczała z miną znawczyni. Tomek próbował żartować: – Mamo, to nie pałac Buckingham, ale damy radę! – ale ona tylko przewróciła oczami.
Poczułam, jak narasta we mnie złość i bezradność. Przecież to nasze mieszkanie! Nasze decyzje! Ale mama zawsze miała swoje zdanie na każdy temat i nigdy nie potrafiła go zatrzymać dla siebie. Kiedy byłam dzieckiem, decydowała o wszystkim: co jem, w co się ubieram, z kim się przyjaźnię. Teraz próbowała urządzić moje dorosłe życie.
Wieczorem usiedliśmy z Tomkiem na podłodze – nie mieliśmy jeszcze kanapy – i rozmawialiśmy szeptem, żeby nie słyszała nas przez cienkie ściany.
– Może powinniśmy jej posłuchać? – zapytałam cicho. – Może ona wie lepiej?
Tomek spojrzał na mnie z niedowierzaniem:
– Anka, to twoje życie. Nasze życie. Chcesz mieć mieszkanie urządzone pod mamę czy pod siebie?
Nie odpowiedziałam. W głowie miałam mamine słowa: „Jak możesz wydawać tyle pieniędzy na taki stół? Przecież to rozrzutność!”
Kolejne dni były jeszcze gorsze. Mama przychodziła codziennie „pomóc”, ale jej pomoc polegała głównie na krytykowaniu wszystkiego, co robiliśmy. Kiedy wybrałam żółte zasłony do salonu, powiedziała: – Wygląda to jak w przedszkolu! – a kiedy zamówiliśmy nowoczesną lampę do kuchni, stwierdziła: – Za moich czasów takie rzeczy były tylko w szpitalach.
Czułam się coraz gorzej. Każda decyzja była podważana. Każdy zakup komentowany. Nawet kiedy kupiliśmy zwykłe kubki do kawy, usłyszałam: – Po co ci tyle kubków? Przecież i tak nikt was nie odwiedzi.
Zaczęłam unikać własnego mieszkania. Wracałam późno z pracy, żeby nie spotkać mamy. Tomek coraz częściej wychodził ze znajomymi albo zamykał się w sypialni z laptopem. Zamiast cieszyć się nowym początkiem, czuliśmy się jak intruzi we własnym domu.
Pewnego dnia wybuchłam.
– Mamo, proszę cię! To jest moje mieszkanie! Pozwól mi decydować!
Mama spojrzała na mnie z wyrzutem:
– Ja tylko chcę dla ciebie dobrze! Nie rozumiesz? Chcę ci oszczędzić błędów!
– Ale to są MOJE błędy! – krzyknęłam przez łzy.
Wybiegłam z mieszkania i długo chodziłam po okolicy. Czułam się rozdarta między lojalnością wobec mamy a potrzebą samodzielności. Przecież ją kocham. Wiem, że chce dobrze. Ale czy to znaczy, że mam żyć według jej zasad?
Wieczorem zadzwoniła do mnie ciocia Basia:
– Aniu, twoja mama jest uparta jak osioł. Ale musisz postawić granice. Inaczej nigdy się nie uwolnisz.
Tej nocy długo nie spałam. Przewracałam się z boku na bok, myśląc o tym wszystkim. Przypomniałam sobie dzieciństwo: mama zawsze była silna, zawsze wiedziała lepiej. Tata odszedł wcześnie i to ona musiała być wszystkim naraz – matką, ojcem, przyjaciółką i nauczycielką życia. Może dlatego tak trudno jej odpuścić?
Następnego dnia zaprosiłam ją na rozmowę.
– Mamo, musimy porozmawiać.
Usiadłyśmy naprzeciwko siebie przy naszym nowym stole – tym samym, którego tak nie chciała.
– Wiem, że chcesz dla mnie dobrze – zaczęłam spokojnie. – Ale muszę nauczyć się żyć po swojemu. Pozwól mi popełniać własne błędy.
Mama milczała długo.
– Boję się o ciebie – powiedziała w końcu cicho.
– Wiem. Ale musisz mi zaufać.
Nie było łatwo. Przez kilka tygodni mama rzadziej nas odwiedzała. Czułam ulgę i smutek jednocześnie. Zaczęliśmy z Tomkiem powoli urządzać mieszkanie po swojemu: żółte zasłony zostały w oknie, a nowoczesna lampa świeciła nad stołem podczas naszych pierwszych wspólnych kolacji.
Czasem mama dzwoni i pyta: „Jak tam u was?” Już nie komentuje wszystkiego tak ostro. Może powoli uczy się odpuszczać? A może ja uczę się stawiać granice?
Patrzę teraz na nasze mieszkanie i widzę nie tylko meble czy kolory ścian. Widzę walkę o siebie i o naszą rodzinę. Czy można być szczęśliwym, gdy najbliżsi nie akceptują twoich wyborów? A może szczęście to właśnie umiejętność bycia sobą mimo wszystko?