„Nie jestem pasożytem!” – Moja walka o szacunek w rodzinie męża
– Znowu siedzisz cały dzień w domu? – głos teściowej przeszył ciszę kuchni jak nóż. Stałam przy zlewie, myjąc kubki po śniadaniu, a jej spojrzenie paliło mnie w plecy. – Może byś w końcu poszła do pracy, zamiast żyć na koszt mojego syna?
Zacisnęłam dłonie na porcelanie, czując jak łzy napływają mi do oczu. Nie chciałam, żeby dzieci to słyszały. Zosia bawiła się klockami w salonie, a mały Staś spał w łóżeczku. Mój mąż, Tomek, był już w pracy – jak co dzień od ósmej do szesnastej. Zostawałam sama z domem, dziećmi i… nią.
Od dnia naszego ślubu czułam, że nie jestem tu mile widziana. Moja teściowa, pani Halina, nigdy nie ukrywała rozczarowania wyborem syna. „Mogłeś znaleźć sobie kogoś lepszego, Tomku” – mówiła przy każdej okazji, nawet przy gościach. Ja? Zwykła dziewczyna z małego miasta pod Lublinem, bez wielkich aspiracji, ale z sercem pełnym miłości do rodziny.
Kiedy zaszłam w ciążę, Tomek i ja uznaliśmy, że zostanę z dziećmi w domu. On zarabiał dobrze jako inżynier budowlany, a ja chciałam być przy Zosi i Stasiu, póki są mali. Ale dla pani Haliny to był tylko kolejny dowód na moją „niezaradność”.
– W moich czasach kobieta potrafiła pogodzić pracę z domem! – powtarzała niemal codziennie. – A ty? Tylko siedzisz i czekasz aż ci wszystko pod nos podstawią.
Czułam się jak więzień we własnym domu. Każdy mój ruch był oceniany: co gotuję na obiad, jak ubieram dzieci, czy odkurzam wystarczająco często. Nawet kiedy próbowałam znaleźć pracę zdalną – korepetycje online z angielskiego – słyszałam tylko: „Po co ci to? I tak nikt ci nie zapłaci tyle, co Tomkowi”.
Najgorsze były wieczory. Kiedy Tomek wracał zmęczony po pracy, teściowa natychmiast zaczynała narzekać:
– Widzisz, synku? Znowu cały dzień nic nie robiła. Nawet obiadu nie ma porządnego!
Patrzył na mnie bezradnie. Wiedziałam, że kocha matkę i nie chce jej ranić. Ale ja czułam się coraz bardziej samotna.
Pewnego dnia nie wytrzymałam. Stałam w kuchni z rękami pełnymi prania, kiedy Halina weszła i zaczęła wyliczać:
– Pranie źle rozwieszone, dzieci brudne, a ty nawet nie umiesz ugotować rosołu jak należy!
– Dość! – krzyknęłam nagle, sama siebie zaskakując. – Nie jestem pasożytem! Opiekuję się twoimi wnukami, dbam o dom! Czy to naprawdę nic nie znaczy?
Przez chwilę patrzyła na mnie z niedowierzaniem. Potem wzruszyła ramionami:
– Każdy tak mówi. Ale ja swoje wiem.
Tego wieczoru długo rozmawiałam z Tomkiem. Płakałam mu w ramionach:
– Nie dam już rady… Czuję się tu jak intruz.
On milczał długo, a potem powiedział:
– Może powinniśmy pomyśleć o własnym mieszkaniu.
Ale to nie było takie proste. Kredyty, ceny mieszkań… Tomek zarabiał dobrze, ale odkąd pojawiły się dzieci, wydatki rosły szybciej niż oszczędności.
Zaczęłam szukać pracy na pół etatu. Przedszkole dla Zosi kosztowało fortunę, ale znalazłam kilka uczennic na korepetycje. Każda zarobiona złotówka była dla mnie jak medal za odwagę. Ale Halina tylko kręciła głową:
– I tak nic z tego nie będzie.
W końcu przyszedł dzień, gdy pękłam zupełnie. Staś zachorował na zapalenie płuc. Spędziłam z nim trzy noce w szpitalu, nie śpiąc ani minuty. Kiedy wróciłam do domu wykończona i zapłakana, Halina przywitała mnie słowami:
– Gdybyś była lepszą matką, dziecko by nie chorowało.
To było jak policzek.
Tego wieczoru spakowałam kilka rzeczy i pojechałam z dziećmi do mojej mamy pod Lublin. Tomek przyjechał za nami dwa dni później.
– Kocham cię – powiedział cicho – ale musimy coś zmienić.
Zaczęliśmy szukać mieszkania na wynajem. Nie było łatwo – ciasne kawalerki, wysokie czynsze… Ale po miesiącu znaleźliśmy coś małego na obrzeżach miasta.
Pierwsze tygodnie były trudne. Brakowało pieniędzy, tęskniłam za domem i nawet… za Haliną. Ale czułam się wolna. Dzieci spały spokojniej, ja miałam więcej cierpliwości. Tomek pomagał mi w domu jak nigdy wcześniej.
Czasem dzwoniła teściowa:
– Kiedy wrócicie? Tu jest wasz dom!
Ale już wiedziałam: nasz dom jest tam, gdzie jesteśmy razem i gdzie nikt mnie nie poniża.
Dziś pracuję jako nauczycielka angielskiego w szkole podstawowej. Zosia poszła do zerówki, Staś jest zdrowy i roześmiany. Tomek… chyba pierwszy raz od lat widzę go naprawdę szczęśliwego.
Czasem zastanawiam się: ile kobiet w Polsce przeżywa to samo? Ile z nas boi się powiedzieć „dość”? Czy naprawdę musimy wybierać między rodziną a własnym szczęściem?
A może czasem wystarczy uwierzyć w siebie i zrobić ten pierwszy krok… Co wy o tym myślicie?