Moja siostra oddała wszystko swoim dzieciom, a gdy najbardziej potrzebowała pomocy, została sama. Czy naprawdę na to zasłużyła?
— Mamo, nie mogę teraz rozmawiać, mam spotkanie — głos Magdy był chłodny i zniecierpliwiony. Anna przycisnęła telefon do ucha, czując jak łzy napływają jej do oczu. Siedziała na starym fotelu w swoim mieszkaniu na warszawskim Bródnie, patrząc przez okno na szare, listopadowe niebo. W pokoju panowała cisza, którą przerywał tylko szum lodówki i cichy kaszel.
— Dobrze, kochanie… — wyszeptała, zanim usłyszała sygnał zakończonego połączenia. Odłożyła telefon na stół, obok kubka z niedopitą herbatą. Ręce jej drżały. Znowu była sama.
Weszłam do niej bez pukania. Byłam jej młodszą siostrą, Martą. Od miesięcy patrzyłam, jak Anna gaśnie. Kiedyś była kobietą pełną energii — prowadziła dom, pracowała w szkole jako nauczycielka matematyki, zawsze miała czas dla swoich dzieci: Magdy i Pawła. Ich ojciec odszedł, gdy byli mali. Anna nigdy nie narzekała. „Dla dzieci wszystko” — powtarzała jak mantrę.
— Aniu, zjadłaś coś? — zapytałam cicho.
Pokręciła głową. — Nie jestem głodna.
Uklękłam przy niej i złapałam ją za rękę. Była lodowata.
— Zadzwoniłaś do Magdy?
— Tak… Ale ona jest zajęta. Paweł też nie odbiera.
Wiedziałam, że Paweł od miesięcy mieszka w Gdańsku i rzadko dzwoni. Magda była bliżej, ale zawsze miała wymówkę: praca, dzieci, remont mieszkania.
— Może powinnam była być bardziej wymagająca — powiedziała Anna nagle. — Może za bardzo ich rozpieszczałam? Wszystko robiłam za nich… A teraz… — urwała i spojrzała na mnie oczami pełnymi bólu.
Nie wiedziałam, co powiedzieć. Przecież Anna oddała im całe swoje życie. Kiedy Magda miała problemy w liceum, Anna siedziała z nią po nocach nad matematyką. Gdy Paweł złamał nogę na obozie harcerskim, Anna rzuciła wszystko i pojechała po niego do Zakopanego. Nigdy nie myślała o sobie.
Teraz miała 62 lata i była po dwóch operacjach serca. Lekarz mówił jasno: potrzebuje wsparcia, opieki, spokoju.
Tymczasem dzieci były coraz dalej.
Pewnego dnia zadzwoniłam do Magdy sama.
— Magda, twoja mama jest bardzo słaba. Powinnaś ją odwiedzić.
— Ciociu, ja naprawdę nie mam czasu. Praca mnie wykańcza, dzieci są chore… Mama zawsze była silna, poradzi sobie — odpowiedziała szybko.
Zacisnęłam zęby ze złości. — Ale ona nie jest już taka silna! Potrzebuje cię!
— Wiem… Ale teraz nie mogę — usłyszałam tylko i rozmowa się urwała.
Wróciłam do Anny ze łzami w oczach. Ona tylko pokręciła głową.
— Nie zmuszaj ich, Marto. Nie chcę być ciężarem.
— Ale przecież to twoje dzieci! — wybuchłam. — Poświęciłaś im wszystko!
Anna spojrzała na mnie smutno. — Może właśnie dlatego… Może gdybym czasem postawiła siebie na pierwszym miejscu…
Przez kolejne tygodnie Anna słabła coraz bardziej. Ja robiłam zakupy, gotowałam zupę, sprzątałam mieszkanie. Czasem przychodziły sąsiadki z bloku — Basia z trzeciego piętra przynosiła ciasto drożdżowe, pan Zbyszek z parteru pytał, czy nie trzeba czegoś naprawić.
Ale dzieci nie było.
Pewnego popołudnia Anna poprosiła mnie o pomoc w napisaniu listu do Magdy i Pawła.
„Kochane dzieci,
Nie wiem, czy jeszcze pamiętacie smak mojej pomidorowej albo zapach świeżego chleba w niedzielny poranek. Chciałabym was zobaczyć. Nie wiem, ile mi jeszcze zostało czasu…”
List był krótki i prosty. Wysłałyśmy go razem na poczcie.
Mijały dni. Anna coraz częściej patrzyła przez okno, jakby wypatrywała ich sylwetek na chodniku pod blokiem.
W końcu zadzwonił domofon.
— Mamo? — głos Pawła był niepewny. Stał w drzwiach z bukietem tulipanów i torbą z zakupami.
Anna uśmiechnęła się blado.
— Synku… — wyszeptała.
Paweł usiadł przy niej i przez chwilę milczeli. Potem zaczął mówić o pracy, o nowym mieszkaniu w Gdańsku, o tym jak ciężko jest pogodzić wszystko naraz.
— Wiem, że cię zawiodłem — powiedział w końcu cicho. — Ale ja… nie umiem być taki jak ty.
Anna pogładziła go po dłoni.
— Nie chcę, żebyś był taki jak ja. Chcę tylko wiedzieć, że jestem dla ciebie ważna.
Paweł spuścił głowę.
Magda nie przyszła nawet wtedy, gdy Anna trafiła do szpitala po kolejnym zawale. Przysłała SMS-a: „Przepraszam mamo, nie dam rady przyjechać”.
Anna odeszła spokojnie kilka dni później. Byłam przy niej do końca.
Na pogrzebie Magda płakała najgłośniej ze wszystkich. Paweł stał z boku, skulony w sobie.
Wieczorem usiadłam sama w pustym mieszkaniu Anny i patrzyłam na jej zdjęcie z dziećmi sprzed lat — uśmiechnięta kobieta obejmująca dwójkę rozbrykanych maluchów.
Zadaję sobie pytanie: czy naprawdę warto poświęcać wszystko dla innych? Czy miłość matki powinna być bezwarunkowa nawet wtedy, gdy zostaje odwzajemniona obojętnością?
A może to my wszyscy zawiedliśmy Annę? Co byście zrobili na moim miejscu?