Mój mąż wystawił mi rachunek za wspólne lata – historia zdrady, pieniędzy i walki o siebie w polskiej rodzinie
– Naprawdę to zrobiłeś? – mój głos drżał, gdy patrzyłam na ekran laptopa. W skrzynce odbiorczej czekał na mnie mail od Michała, mojego męża od piętnastu lat. Temat: „Rozliczenie”. Załącznik: plik PDF. Serce waliło mi jak oszalałe. Kliknęłam.
W pliku była faktura. Rachunek na łączną kwotę 127 400 złotych. Michał wyliczył wszystko: czynsz, rachunki za prąd, jedzenie, wakacje, nawet prezent na moją czterdziestkę. Każda złotówka, którą wydał przez te lata na naszą rodzinę, była tam skrupulatnie wypisana. Podsumowanie: „Proszę o zwrot połowy kwoty w terminie 30 dni”.
Zrobiło mi się słabo. Przez chwilę miałam wrażenie, że to jakiś żart, głupi dowcip. Ale Michał nigdy nie miał poczucia humoru. Zawsze był dokładny, poukładany, oszczędny do przesady. Ale żeby aż tak? Żeby wystawić mi rachunek za wspólne życie?
W kuchni czekała kolacja. Zosia, nasza córka, odrabiała lekcje przy stole. Michał siedział naprzeciwko niej z laptopem, jakby nic się nie stało. Weszłam do kuchni i spojrzałam mu prosto w oczy.
– Michał, co to ma znaczyć? – zapytałam cicho.
Nie podniósł wzroku znad ekranu.
– To jest uczciwe rozliczenie. Skoro chcesz rozwodu, powinniśmy się rozliczyć – powiedział spokojnie.
– Rozwodu? Ja nigdy nie mówiłam o rozwodzie!
– Ale zachowujesz się tak, jakbyś już dawno podjęła decyzję – odpowiedział chłodno.
Zosia spojrzała na nas z niepokojem.
– Mamo, co się dzieje?
– Nic, kochanie – odpowiedziałam drżącym głosem.
Wróciłam do sypialni i zamknęłam drzwi. Łzy same płynęły mi po policzkach. Przypomniałam sobie wszystkie te lata: jak rezygnowałam z pracy po urodzeniu Zosi, żeby zająć się domem; jak Michał powtarzał, że „ktoś musi pilnować budżetu”; jak liczył każdą złotówkę wydaną na moje ubrania czy kosmetyki. Myślałam wtedy, że to troska. Teraz widziałam w tym kontrolę.
Zadzwoniłam do mojej siostry, Magdy.
– On mi wystawił fakturę za nasze życie! – wykrzyczałam przez łzy.
– Co ty mówisz? To jakiś absurd! – Magda była w szoku.
– On chce pieniędzy za wszystko… nawet za prezent na moje urodziny!
– Musisz z nim porozmawiać. Albo lepiej – idź do prawnika.
Nie spałam całą noc. Rano Michał zachowywał się tak, jakby nic się nie stało. Zosia poszła do szkoły, a ja zostałam sama z nim w kuchni.
– Michał, dlaczego to robisz? Myślałam, że jesteśmy rodziną…
Spojrzał na mnie zimno.
– Rodzina to wspólnota obowiązków i praw. Ty przez lata nie pracowałaś zawodowo. Ja utrzymywałem dom. Teraz chcę sprawiedliwości.
– Sprawiedliwości? A miłość? Wsparcie? Opieka nad Zosią? To się nie liczy?
Wzruszył ramionami.
– To nie są rzeczy wymierne.
Poczułam się jak śmieć. Jakby całe moje życie było jednym wielkim długiem wobec niego. Przez kolejne dni chodziłam jak cień. Zosia pytała, dlaczego tata jest taki smutny i dlaczego mama płacze w łazience.
W końcu zebrałam się na odwagę i poszłam do prawniczki. Pani Marta wysłuchała mnie uważnie.
– Proszę pani, to nie jest normalne zachowanie. Ma pani prawo do połowy majątku wspólnego. A opieka nad dzieckiem i domem to też praca – powiedziała stanowczo.
Ale ja czułam się winna. Może rzeczywiście powinnam była wrócić do pracy wcześniej? Może za bardzo polegałam na Michale?
Wieczorem usiadłam z Zosią na kanapie.
– Mamo, czy wy się rozwiedziecie? – zapytała cicho.
Przytuliłam ją mocno.
– Nie wiem, kochanie… Ale pamiętaj, że zawsze będę przy tobie.
Tydzień później Michał przyszedł z nową wersją faktury – tym razem z odsetkami za „zwłokę”.
– To już przesada! – wybuchłam.
– Chcę tylko sprawiedliwości – powtórzył jak mantrę.
Wtedy coś we mnie pękło. Przestałam się bać. Zadzwoniłam do Magdy i poprosiłam ją o wsparcie przy rozmowie z Michałem.
– Michał, przez piętnaście lat byłam twoją żoną, matką twojego dziecka, prowadziłam dom! Ty chcesz mnie teraz rozliczać jak księgowy? – krzyczałam przez łzy.
Magda patrzyła na niego z pogardą.
– Jesteś bez serca! – rzuciła mu prosto w twarz.
Michał milczał. W jego oczach zobaczyłam tylko pustkę i żal.
Złożyłam pozew o rozwód. Wiedziałam już, że nie chcę żyć z człowiekiem, dla którego wszystko da się przeliczyć na pieniądze.
Dziś jestem sama z Zosią w naszym małym mieszkaniu na Pradze. Pracuję jako nauczycielka angielskiego w podstawówce. Nie jest łatwo – czasem brakuje mi na rachunki, czasem płaczę po nocach ze zmęczenia i żalu po straconych latach. Ale czuję się wolna.
Czasem zastanawiam się: czy naprawdę można wycenić wspólne życie? Czy miłość i wsparcie mają swoją cenę? Może ktoś z was zna odpowiedź…