Mój mąż wybrał swoją matkę – a ja zostałam sama z poczuciem winy. Czy naprawdę byłam egoistką?
– Nie rozumiesz, Aniu? Ona nie ma dokąd pójść! – głos Pawła drżał, a jego oczy błyszczały gniewem i rozpaczą. Stał w progu kuchni, ściskając w dłoni telefon, jakby to on miał rozstrzygnąć nasz los.
Patrzyłam na niego, czując jak serce wali mi w piersi. W głowie miałam tylko jedno: „Nie dam rady. Nie dam rady żyć z nią pod jednym dachem”.
– Paweł, proszę cię… – zaczęłam cicho, ale przerwał mi gwałtownie.
– Ona jest moją matką! – krzyknął. – Jak możesz być taka… taka zimna?
Zimna. To słowo zabolało mnie bardziej niż cokolwiek innego. Przecież przez ostatnie lata robiłam wszystko, żeby być dobrą żoną, matką, synową. Ale teraz czułam, że nie mam już siły.
Teściowa była chora – to prawda. Cukrzyca, nadciśnienie, początki demencji. Ostatnio upadła w swoim mieszkaniu i trafiła do szpitala. Lekarze powiedzieli, że nie powinna już mieszkać sama. Paweł nie miał rodzeństwa. Wszystko spadło na nas.
Ale ja pamiętałam te wszystkie lata drobnych złośliwości, krytyki, wiecznych pretensji. „Ania nie umie gotować”, „Ania źle wychowuje dzieci”, „Ania za dużo pracuje”. Każde święta kończyły się łzami i kłótniami. Bałam się jej obecności w naszym domu bardziej niż czegokolwiek.
– Paweł… – próbowałam jeszcze raz. – Mamy dwójkę małych dzieci. Ona potrzebuje opieki przez całą dobę. Ja pracuję, ty pracujesz…
– Zorganizujemy się! – przerwał mi znowu. – Przecież to rodzina! Nie zostawię jej samej.
Poczułam, jak łzy napływają mi do oczu. Spojrzałam na nasze dzieci bawiące się w salonie. Czy naprawdę miałam prawo powiedzieć „nie”? Czy byłam egoistką?
Wieczorem długo nie mogłam zasnąć. Paweł leżał obok mnie sztywno, odwrócony plecami. W powietrzu wisiała cisza cięższa niż kiedykolwiek wcześniej.
Następnego dnia Paweł zadzwonił do swojej matki i powiedział jej, że może się do nas wprowadzić. Nie zapytał mnie już o zdanie.
Przez kolejne tygodnie nasze życie zamieniło się w koszmar. Teściowa była wszędzie – w kuchni poprawiała po mnie garnki, w salonie komentowała programy dla dzieci, w łazience zostawiała swoje leki i przybory. Dzieci zaczęły się jej bać – krzyczała na nie za byle co, a raz nawet uderzyła starszego syna gazetą po rękach.
– To dla jego dobra! – tłumaczyła się Pawłowi, a on tylko wzdychał i mówił mi: „Nie przesadzaj”.
Zaczęłam unikać domu. Brałam nadgodziny w pracy, wracałam późno, byle tylko nie musieć patrzeć na jej twarz i słuchać jej komentarzy. Paweł coraz częściej był po jej stronie. Każda rozmowa kończyła się kłótnią.
– Może powinnaś być bardziej wyrozumiała? – rzucił pewnego wieczoru.
– Wyrozumiała? – wybuchłam. – Ona niszczy naszą rodzinę! Dzieci się jej boją! Ja nie mogę już tak żyć!
– To moja matka! – powtórzył jak mantrę.
Wtedy zrozumiałam, że już go straciłam.
Pewnej nocy usłyszałam płacz młodszego syna. Wbiegłam do jego pokoju i zobaczyłam teściową stojącą nad łóżkiem z podniesioną ręką.
– Co pani robi?! – krzyknęłam.
– On mnie obraził! – syknęła.
Wzięłam syna na ręce i zamknęłam się z nim w łazience. Trzęsłam się cała ze strachu i złości.
Następnego dnia powiedziałam Pawłowi, że tak dłużej nie wytrzymam. Że jeśli on nie postawi granic swojej matce, ja odejdę.
Spojrzał na mnie z takim chłodem, jakiego nigdy wcześniej u niego nie widziałam.
– Jeśli musisz wybierać między mną a nią… wybieram ją – powiedział cicho.
Spakowałam siebie i dzieci jeszcze tego samego dnia. Zamieszkałyśmy u mojej siostry na drugim końcu miasta. Paweł nie zadzwonił ani razu przez pierwsze dwa tygodnie.
Dzieci pytały o tatę, płakały nocami. Ja płakałam razem z nimi. Czułam się winna – czy naprawdę byłam taka samolubna? Czy mogłam zrobić coś inaczej?
Mama mówiła mi: „Dobrze zrobiłaś, Aniu. Musisz dbać o siebie i dzieci”. Ale ja wciąż słyszałam w głowie głos Pawła: „To moja matka!”
Minęły dwa miesiące. Paweł przyszedł raz do dzieci z prezentami, ale rozmawiał ze mną tylko o alimentach i podziale majątku. Był obcy – jakbyśmy nigdy nie byli rodziną.
Czasem budzę się w nocy i pytam siebie: czy naprawdę miałam prawo walczyć o własny spokój? Czy bycie dobrą żoną oznacza poświęcenie siebie do końca? A może to ja byłam egoistką?
Czy można wygrać walkę o rodzinę, jeśli druga strona już dawno wybrała inną rodzinę niż ty?
Czy Wy też kiedyś musieliście wybierać między sobą a bliskimi? Jak znaleźć granicę między poświęceniem a samozatraceniem?