Mój mąż sknera: Czy można kochać kogoś, kto liczy każdy grosz?

— Znowu kupiłaś kawę na mieście? — głos Pawła przeszył ciszę kuchni jak nóż. Stałam z kubkiem w dłoni, jeszcze ciepłym, pachnącym wanilią, i czułam, jak cała radość z tego drobnego luksusu ulatuje ze mnie jak para. — To tylko kawa, Paweł — odpowiedziałam cicho, próbując nie patrzeć mu w oczy. — Tylko kawa? Wiesz, ile to kosztuje miesięcznie? Policzyłem. Sto dwadzieścia złotych! Tyle wydajesz na głupoty, a potem narzekasz, że nie mamy na wakacje.

To był kolejny poranek, który zaczynał się od liczenia pieniędzy. Od dziesięciu lat żyję z człowiekiem, dla którego każda złotówka ma znaczenie większe niż moje marzenia. Kiedyś myślałam, że to odpowiedzialność, że Paweł jest po prostu rozsądny. Dziś wiem, że to coś więcej — to obsesja.

Pamiętam nasze początki. Byliśmy młodzi, zakochani, pełni planów. Paweł imponował mi swoją zaradnością. Mówił: „Trzeba myśleć o przyszłości, Aniu”. Wierzyłam mu. Ale z czasem przyszłość stała się więzieniem. Każdy wydatek musiał być uzasadniony, każda zachcianka tłumiona w zarodku. Nawet kiedy urodziła się nasza córka Zosia, Paweł kupował jej ubranka wyłącznie na wyprzedażach i pilnował, żeby nie wyrzucać resztek jedzenia.

— Mamo, mogę dostać loda? — zapytała Zosia pewnego letniego dnia na rynku w Krakowie. Spojrzałam na Pawła. Jego wzrok był twardy jak beton. — W domu mamy jogurt — rzucił krótko i pociągnął nas za ręce w stronę tramwaju.

Z czasem zaczęłam się dusić. Przestałam zapraszać znajomych, bo nie chciałam tłumaczyć się z braku ciastek czy kawy. Przestałam kupować sobie nowe ubrania, bo słyszałam tylko: „Po co ci to? Masz już dwie sukienki”. Nawet fryzjer stał się luksusem — Paweł sam podcinał mi końcówki w łazience.

Najgorsze były święta. Wigilia u nas wyglądała jak z PRL-u: barszcz z torebki, karp z promocji i makowiec z Biedronki. Kiedyś poprosiłam, żebyśmy pojechali do mojej mamy na święta. — Po co? U nas taniej — odpowiedział Paweł.

Czułam się coraz bardziej samotna. Wieczorami płakałam po cichu w łazience, żeby Zosia nie słyszała. Próbowałam rozmawiać z Pawłem. — Może byśmy gdzieś wyszli razem? Do kina? — zaproponowałam pewnego piątku. — W domu mamy telewizor — odpowiedział bez mrugnięcia okiem.

Zaczęłam szukać wsparcia u przyjaciółek. — Anka, ty się męczysz! — mówiła Magda. — To nie jest normalne! On cię kontroluje! Ale ja wciąż miałam nadzieję, że coś się zmieni.

Pewnego dnia znalazłam w szufladzie Pawła kopertę z napisem „Na czarną godzinę”. Było tam ponad dwadzieścia tysięcy złotych. Pieniądze, o których nie miałam pojęcia. Zrozumiałam wtedy, że nie chodzi o brak środków, tylko o jego lęk przed wydawaniem ich na cokolwiek poza podstawowymi potrzebami.

— Paweł, dlaczego ukrywasz przede mną pieniądze? — zapytałam wieczorem, pokazując mu kopertę.
— To nie twoja sprawa! Ty byś wszystko roztrwoniła! — krzyknął i wyrwał mi ją z rąk.

Wtedy coś we mnie pękło. Przestałam walczyć o wspólne chwile, przestałam prosić o drobiazgi. Zaczęłam żyć obok niego, a nie z nim. Zosia coraz częściej pytała: „Mamo, czemu tata jest taki smutny?” Nie umiałam jej odpowiedzieć.

Któregoś dnia po pracy usiadłam na ławce w parku i patrzyłam na bawiące się dzieci. Obok mnie usiadła starsza pani i zaczęłyśmy rozmawiać o życiu. — Wie pani, czasem lepiej być samej niż z kimś, kto zabiera ci powietrze — powiedziała cicho.

Te słowa wracały do mnie przez kolejne tygodnie jak echo. Zaczęłam myśleć o rozwodzie. Bałam się jednak o Zosię, o to, jak sobie poradzimy finansowo. Ale jeszcze bardziej bałam się tego życia bez radości.

Ostatnia kłótnia była o nowy plecak dla Zosi do szkoły.
— Po co jej nowy? Stary jeszcze dobry! — krzyczał Paweł.
— Jest podarty! Dzieci się z niej śmieją! — odpowiedziałam ze łzami w oczach.
— To nie powód do wydawania pieniędzy!

Wtedy podjęłam decyzję. Spakowałam siebie i Zosię i pojechałyśmy do mojej mamy do Tarnowa. Paweł nawet nie próbował nas zatrzymać.

Teraz siedzę przy kuchennym stole u mamy i piszę tę historię. Zosia śpi spokojnie w pokoju obok. Ja pierwszy raz od lat czuję spokój i… strach przed przyszłością. Ale wiem jedno: wolę biedę niż życie bez miłości i szacunku.

Czy można kochać kogoś, kto liczy każdy grosz bardziej niż twoje łzy? Czy szczęście naprawdę kosztuje aż tak dużo? Co wy byście zrobili na moim miejscu?