Mój mąż, sknera: Czy mam odwagę odejść? Moja walka o godność i szczęście

— Jasmina, po co ci ta nowa sukienka? Przecież masz już dwie — głos Bartka rozbrzmiewał w kuchni jak zimny dzwon. Stałam przy zlewie, z rękami zanurzonymi w pianie, a łzy cisnęły mi się do oczu. To nie była pierwsza taka rozmowa. Właściwie, od dziesięciu lat każda moja potrzeba była dla niego zbędnym wydatkiem.

— Bartek, to tylko sukienka na wesele Ani. Nie kupuję ich co tydzień — próbowałam bronić się spokojnie, choć w środku już wrzało.

— Wesele Ani… — prychnął. — I tak nikt nie patrzy na to, co masz na sobie. Po co wydawać pieniądze na głupoty?

To był nasz codzienny taniec. On — sknera, który liczył każdy grosz, ja — kobieta, która coraz bardziej czuła się przezroczysta. Pamiętam, jak kiedyś marzyłam o wspólnych podróżach, o domu pełnym śmiechu i ciepła. Teraz marzyłam tylko o tym, żeby nie musieć tłumaczyć się z każdej złotówki.

Bartek nie był zły. Był po prostu… zamknięty. Jego rodzice przeżyli biedę w latach 90., ojciec pił, matka liczyła każdy grosz. Bartek nauczył się, że pieniądze to bezpieczeństwo. Ale ja czułam się jak więzień w złotej klatce.

Najgorsze były święta. Zawsze te same kłótnie o prezenty dla rodziny. — Po co kupować coś siostrze? Przecież ona ma wszystko! — powtarzał. A ja chciałam tylko dać trochę radości bliskim.

Z czasem przestałam zapraszać znajomych. Wstydziłam się tego, jak Bartek komentował każdą butelkę wina, każdy kawałek ciasta: — Po co tyle? Kto to zje? — pytał z irytacją.

Moja mama próbowała mnie pocieszać: — Jasmina, on cię kocha na swój sposób. Może nie umie inaczej? — Ale czy to wystarczy? Czy miłość może być mierzona ilością zaoszczędzonych pieniędzy?

Najbardziej bolało mnie to, jak Bartek traktował nasze dzieci. Kiedy Zuzia poprosiła o nowe kredki do szkoły, usłyszała: — Po co ci nowe? Tamte jeszcze nie są całkiem zużyte. Widziałam jej smutne oczy i czułam, jak coś we mnie pęka.

Z czasem zaczęłam się wycofywać. Przestałam prosić o cokolwiek. Przestałam marzyć. Wieczorami siedziałam sama w kuchni i patrzyłam na swoje odbicie w oknie. Kim jestem? Czy to naprawdę moje życie?

Pewnego dnia zadzwoniła do mnie Ania, moja przyjaciółka z liceum:

— Jasmina, co się z tobą dzieje? Zniknęłaś! Pamiętasz nasze plany o wspólnej podróży do Gdańska?

— Aniu… Nie mam już siły. Bartek… On nie rozumie. Dla niego wszystko to strata pieniędzy.

— Ale ty też jesteś ważna! — krzyknęła Ania. — Nie możesz tak żyć!

Te słowa długo dźwięczały mi w głowie. Czy naprawdę jestem ważna? Czy mam prawo chcieć więcej?

Zaczęłam czytać fora dla kobiet w podobnej sytuacji. Okazało się, że nie jestem sama. Setki kobiet pisały o życiu z mężem-sknerą, o samotności i poczuciu beznadziei.

Któregoś wieczoru zebrałam się na odwagę:

— Bartek, musimy porozmawiać.

Spojrzał na mnie podejrzliwie znad laptopa:

— O czym?

— O nas. O tym, że nie czuję się szczęśliwa.

Wzruszył ramionami:

— Jasmina, przecież niczego ci nie brakuje. Masz dom, dzieci, jedzenie na stole.

— Ale nie mam ciebie! Nie mam wsparcia! Czuję się niewidzialna!

Bartek milczał przez chwilę, potem powiedział cicho:

— Ja po prostu boję się biedy…

Wtedy po raz pierwszy zobaczyłam w nim małego chłopca, który drży przed światem. Ale czy to wystarczyło? Czy mogłam dalej żyć w cieniu jego lęków?

Przez kolejne tygodnie próbowałam rozmawiać z Bartkiem. Proponowałam terapię dla par, wspólne wyjścia do kina, nawet zwykły spacer po parku. Zawsze znajdował wymówkę: za drogo, za zimno, za późno.

W końcu zaczęłam myśleć o rozwodzie. Bałam się tego słowa jak ognia. Co powiedzą ludzie? Jak poradzę sobie sama z dziećmi? Ale coraz częściej łapałam się na tym, że wyobrażam sobie życie bez Bartka — życie, w którym mogę kupić sobie kawę na mieście bez wyrzutów sumienia.

Pewnego dnia Zuzia przyszła do mnie ze łzami w oczach:

— Mamo, dlaczego tata nigdy się nie śmieje?

Nie umiałam odpowiedzieć.

Wtedy podjęłam decyzję. Zaczęłam odkładać pieniądze do słoika schowanego głęboko w szafie. Każda złotówka była jak cegiełka do mojego nowego życia.

Kiedy powiedziałam Bartkowi o rozwodzie, patrzył na mnie jak na obcą osobę:

— Naprawdę chcesz to zrobić? Po tylu latach?

— Tak — odpowiedziałam drżącym głosem. — Bo chcę być szczęśliwa. Chcę pokazać dzieciom, że można żyć inaczej.

Nie krzyczał. Nie błagał. Po prostu wyszedł z domu i długo nie wracał.

Teraz siedzę przy tym samym kuchennym stole i piszę swoją historię. Bo wiem, że gdzieś tam jest ktoś taki jak ja — ktoś, kto boi się zrobić pierwszy krok.

Czy naprawdę musimy wybierać między bezpieczeństwem a szczęściem? Czy miłość bez szacunku do siebie ma jeszcze sens?