Mój mąż, skąpiec: Czy można kochać kogoś, kto liczy każdy grosz?
– Naprawdę musiałaś kupić tę kawę? – głos Bartka przeszył ciszę kuchni jak nóż. Stałam przy blacie, trzymając w dłoni papierowy kubek z kawiarni. Pachniała cynamonem i obietnicą chwili dla siebie, ale w jednej sekundzie ten zapach zamienił się w wyrzut sumienia.
– To tylko kawa, Bartek. – Próbowałam brzmieć spokojnie, choć w środku już czułam znajome ukłucie niepokoju. – Miałam ciężki dzień w pracy.
– Ciężki dzień? A ja mam ciężki miesiąc, kiedy patrzę na nasze wydatki! – Jego twarz była napięta, oczy zimne. – Wiesz, ile kosztuje taka kawa? Za te pieniądze moglibyśmy kupić dwa bochenki chleba.
Zacisnęłam zęby. Znowu to samo. Każda złotówka, każda drobnostka stawała się powodem do kłótni. Od lat żyłam w cieniu jego oszczędności, które z czasem zamieniły się w obsesję. Kiedyś myślałam, że to zaradność, że dba o naszą przyszłość. Teraz widziałam w tym mur, przez który nie mogłam się przebić.
Pamiętam początki naszej znajomości. Bartek był wtedy inny – uśmiechnięty, pełen pomysłów na życie. Wspólne spacery po Krakowie, spontaniczne wyjazdy nad Wisłę, lody na Plantach. Nie przeszkadzało mi wtedy, że czasem wybierał tańszą kawiarnię albo liczył drobne w portfelu. Myślałam: „Jest odpowiedzialny”.
Ale z biegiem lat ta odpowiedzialność zamieniła się w coś duszącego. Każdy wydatek musiał być uzasadniony, każda zachcianka – tłumiona. Nawet prezenty na urodziny wybierał praktyczne: skarpetki, płyn do naczyń, raz nawet… zestaw żarówek.
Najgorzej było w święta. W Wigilię siedzieliśmy przy stole z jego rodzicami i siostrą Magdą. Ona zawsze miała na sobie coś nowego, a jej dzieci dostawały wymarzone zabawki. Ja patrzyłam na swój prezent – książkę kucharską z przeceny – i czułam się jak dziecko, które dostało rózgę.
– Może przesadzasz? – zapytała mnie kiedyś mama przez telefon. – Może Bartek po prostu się martwi?
Ale ja wiedziałam, że to nie tylko troska o domowy budżet. To była kontrola. Ograniczanie mnie na każdym kroku. Nawet kiedy chciałam zapisać się na kurs jogi, usłyszałam:
– Po co ci to? Przecież możesz ćwiczyć w domu z YouTube’a.
Zaczęłam ukrywać przed nim drobne zakupy. Chowałam paragon po nowej bluzce głęboko w szufladzie. Czułam się jak złodziejka we własnym domu.
Pewnego dnia wróciłam z pracy później niż zwykle. Było już ciemno, a ja marzyłam tylko o gorącej kąpieli i chwili spokoju. W przedpokoju czekał na mnie Bartek z kartką w ręku.
– Co to jest? – zapytał chłodno.
Spojrzałam na rachunek za prąd.
– Przekroczyliśmy limit o 30 złotych! – wykrzyknął. – Przecież mówiłem ci, żebyś nie zostawiała światła w łazience!
Wtedy coś we mnie pękło.
– Bartek, ja już nie mogę tak żyć! – krzyknęłam przez łzy. – Czuję się jak więzień! Nie mogę nic zrobić bez twojej zgody!
Patrzył na mnie przez chwilę w milczeniu. Potem odwrócił się i wyszedł z mieszkania.
Tej nocy nie spałam. Przewracałam się z boku na bok, myśląc o tym, jak bardzo się zmieniłam przez te lata. Kiedy ostatni raz byłam naprawdę szczęśliwa? Kiedy czułam się wolna?
Następnego dnia zadzwoniła do mnie Magda, siostra Bartka.
– Słyszałam, że się pokłóciliście – powiedziała cicho.
– Magda… ja już nie wiem, co robić. Kocham go, ale nie chcę tak żyć.
– Wiem, jaki on jest – westchnęła. – Tata był taki sam. Mama całe życie musiała prosić o pieniądze na wszystko…
Zrozumiałam wtedy, że to nie tylko nasz problem. To coś głębszego, coś zakorzenionego w rodzinie Bartka. Ale czy to znaczyło, że muszę się z tym pogodzić?
Przez kolejne tygodnie próbowałam rozmawiać z Bartkiem. Prosiłam go o kompromis, o wspólne planowanie wydatków. On jednak zamykał się w sobie coraz bardziej.
– Nie rozumiesz, że robię to dla nas? – powtarzał uparcie.
A ja coraz częściej myślałam o rozwodzie. O tym, jak wyglądałoby moje życie bez ciągłego liczenia groszy i tłumaczenia się z każdego zakupu.
Pewnego wieczoru usiadłam przy stole z kartką papieru i zaczęłam spisywać swoje marzenia: podróż do Gdańska nad morze, kurs fotografii, nowa sukienka na lato… Tak niewiele chciałam od życia.
Bartek wszedł do kuchni i spojrzał na mnie podejrzliwie.
– Co robisz?
– Piszę list do siebie samej – odpowiedziałam cicho.
– Po co?
– Żeby przypomnieć sobie, kim jestem i czego pragnę.
Nie odpowiedział. Wyszedł bez słowa.
Dziś siedzę sama w naszym mieszkaniu i patrzę na świat zza okna. Zastanawiam się: czy można kochać kogoś, kto liczy każdy grosz bardziej niż twoje szczęście? Czy warto walczyć o miłość za wszelką cenę… nawet jeśli tą ceną jest własna wolność?
A wy… co byście zrobili na moim miejscu?