Między obowiązkiem a wolnością: Historia Dariusza, który musiał nauczyć się mówić „nie” własnej rodzinie

— Darek, nie możesz nas teraz zostawić! — głos mamy drżał, a jej oczy błyszczały łzami. Stałem w kuchni, oparty o blat, z telefonem w dłoni. Właśnie powiedziałem jej, że nie mogę już dłużej spłacać kredytu za mieszkanie mojej siostry. W powietrzu wisiała cisza, ciężka jak ołów.

Od dziecka słyszałem: „Darek, ty zawsze sobie poradzisz”. Byłem tym, który przynosił świadectwa z paskiem, tym, który pierwszy poszedł na studia, tym, który znalazł dobrą pracę w Warszawie. Kiedy tata zachorował i nie mógł już pracować w warsztacie samochodowym, to ja przejąłem rolę głowy rodziny. Mama dzwoniła do mnie po pieniądze na leki, siostra prosiła o wsparcie na czynsz. Zawsze mówiłem „tak”, nawet jeśli sam musiałem zrezygnować z wakacji czy nowego płaszcza na zimę.

Ale dziś coś we mnie pękło. Może to przez ten telefon od banku rano — przypomnienie o mojej własnej racie kredytu. Może przez to, że od miesięcy nie przespałem spokojnie nocy, bo martwiłem się o wszystko i wszystkich. Może przez to, że Magda, moja narzeczona, coraz częściej patrzyła na mnie z wyrzutem.

— Darek, kiedy w końcu pomyślisz o nas? — zapytała ostatnio. — Odkładamy ślub już trzeci raz. Twoja rodzina zawsze jest ważniejsza ode mnie.

Nie wiedziałem, co odpowiedzieć. Przecież rodzina to świętość. Tak mnie wychowano. Ale czy świętość oznacza poświęcenie siebie do końca?

Wróćmy do tej kuchni. Mama patrzyła na mnie z rozpaczą.

— Synku, przecież wiesz, że Kasia sobie nie poradzi…

— Mamo — przerwałem jej cicho — ja też już sobie nie radzę.

Zapanowała cisza. Słyszałem tylko tykanie zegara i swoje własne przyspieszone bicie serca.

— Ale… przecież zawsze nam pomagałeś…

— Bo musiałem? Czy dlatego, że chciałem? — zapytałem sam siebie w myślach.

Wyszedłem na balkon. Warszawskie blokowisko tonęło w szarości listopadowego popołudnia. Ludzie spieszyli się do domów, niosąc siatki z zakupami. Zazdrościłem im tej zwyczajności.

Telefon zadzwonił ponownie. Tym razem to była Kasia.

— Darek, mama mówiła… Proszę cię, nie zostawiaj mnie teraz. Wiesz, że Bartek stracił pracę i nie mamy za co żyć…

— Kasiu… — głos mi się łamał — ja też mam swoje życie. Mam narzeczoną, mam kredyt… Nie mogę być waszym bankomatem.

— Ale ty zawsze byłeś silny! Ty zawsze dawałeś radę!

Poczułem wściekłość i bezsilność jednocześnie.

— Może właśnie dlatego jestem teraz taki zmęczony…

Rozłączyłem się i usiadłem na zimnych kafelkach balkonu. Przez chwilę miałem ochotę po prostu zniknąć. Było mi żal siostry, mamy… Ale jeszcze bardziej żal było mi samego siebie.

Wieczorem wróciła Magda. Spojrzała na mnie uważnie.

— I co? Powiedziałeś im?

Pokiwałem głową.

— I?

— Nie rozumieją mnie. Myślą, że ich zdradzam.

Magda usiadła obok i objęła mnie ramieniem.

— Darek… To twoje życie. Jeśli nie postawisz granic teraz, nigdy nie będziesz szczęśliwy.

Przez kolejne dni telefon milczał. Mama nie dzwoniła, Kasia przestała pisać wiadomości. Czułem ulgę i pustkę jednocześnie. W pracy byłem rozkojarzony, szef zwrócił mi uwagę na spóźnienia. Magda próbowała mnie pocieszać, ale widziałem w jej oczach niepokój.

W końcu po tygodniu zadzwoniła mama.

— Synku… Przepraszam cię. Chyba za bardzo przyzwyczailiśmy się do twojej pomocy. Ale musisz żyć swoim życiem. Poradzimy sobie jakoś.

Poczułem łzy pod powiekami. Po raz pierwszy od lat ktoś z mojej rodziny pomyślał o mnie.

Z czasem relacje zaczęły się układać na nowo. Kasia znalazła pracę w sklepie spożywczym. Mama zaczęła dorabiać szyciem firanek sąsiadkom. Ja i Magda w końcu zaczęliśmy planować ślub bez ciągłego odkładania wszystkiego „na potem”.

Ale czasem w nocy budzę się zlany potem i pytam siebie: czy naprawdę miałem prawo postawić siebie na pierwszym miejscu? Czy egoizm może być czasem formą miłości?

A wy? Czy potrafilibyście powiedzieć „dość”, nawet jeśli oznaczałoby to rozczarowanie najbliższych?