Między lojalnością a szacunkiem do siebie: Moja walka w polskiej rodzinie
– Znowu? – syknęłam przez zaciśnięte zęby, patrząc na Piotra, który nerwowo bawił się obrączką. – Naprawdę znowu mamy im pożyczyć pieniądze?
Siedzieliśmy przy kuchennym stole, a za oknem padał deszcz. Piotr unikał mojego wzroku, jakby bał się, że jedno moje spojrzenie rozbije naszą codzienność na kawałki. Telefon od jego matki przyszedł jak zawsze wieczorem, kiedy dzieci już spały, a my próbowaliśmy złapać oddech po kolejnym dniu pracy.
– Ola, oni nie mają wyjścia – powiedział cicho. – Tata stracił pracę, mama nie daje rady sama. To tylko kilka tysięcy. Oddadzą.
Prychnęłam. – Tak jak oddali ostatnim razem? Albo tym wcześniej? Piotr, my też mamy rachunki. Dzieci rosną, musimy wymienić samochód. Ile jeszcze będziemy ich ratować?
Piotr spojrzał na mnie z bólem w oczach. – To moi rodzice. Nie mogę ich zostawić.
Wiedziałam, że to prawda. Ale ile razy można być lojalnym wobec innych, zapominając o sobie?
Kiedy poznałam Piotra, zachwyciła mnie jego czułość i oddanie rodzinie. Wydawało mi się to piękne – do czasu, aż zobaczyłam, jak bardzo jego rodzice potrafią być wymagający. Pani Teresa zawsze dzwoniła z prośbami: o zakupy, o podwózkę do lekarza, o pieniądze na leki czy naprawę pralki. Pan Andrzej był milczący i dumny, ale gdy chodziło o pieniądze, potrafił zadzwonić nawet do mnie.
Pamiętam pierwszy raz, kiedy poprosili nas o większą kwotę. Byliśmy świeżo po ślubie, ledwo wiązaliśmy koniec z końcem w wynajmowanym mieszkaniu na Pradze. Piotr nie zawahał się ani chwili – przelał im połowę naszych oszczędności. Wtedy jeszcze wierzyłam, że to jednorazowa sytuacja.
Z czasem prośby stawały się coraz częstsze i coraz bardziej nachalne. Zaczęłam czuć się jak bankomat. Każda rozmowa z teściową kończyła się aluzją do pieniędzy lub narzekaniem na życie. Próbowałam rozmawiać z Piotrem, ale on zawsze powtarzał: „To tylko przejściowe”.
Przejściowe trwało już siedem lat.
Pewnego dnia odebrałam telefon od pani Teresy.
– Olu, kochanie, czy mogłabyś pożyczyć nam dwa tysiące? Andrzejowi coś się stało z samochodem…
– Pani Tereso – przerwałam jej niepewnie – my też mamy wydatki. Może tym razem spróbujecie inaczej rozwiązać ten problem?
Zapadła cisza. Potem usłyszałam chłodny ton:
– Myślałam, że jesteście rodziną.
Odłożyłam słuchawkę z bijącym sercem. Czułam się winna i zła jednocześnie.
Wieczorem wybuchła kłótnia.
– Twoja matka powiedziała mi dziś rzeczy, których nie zapomnę – rzuciłam Piotrowi w twarz.
– Ola, ona jest w trudnej sytuacji! – krzyknął. – Nie rozumiesz?
– Rozumiem! Ale czy ktoś rozumie mnie? Czy ktoś pyta, jak ja się z tym czuję? Czy ja też jestem rodziną?
Piotr milczał długo. Potem wyszedł z domu trzaskając drzwiami.
Zostałam sama w kuchni, patrząc na stertę rachunków i dziecięce rysunki na lodówce. Poczułam się niewidzialna.
Z czasem zaczęłam unikać spotkań rodzinnych. Każda wizyta u teściów była dla mnie jak pole minowe. Pani Teresa rzucała kąśliwe uwagi o „dzisiejszych kobietach”, które „nie wiedzą co to poświęcenie”. Pan Andrzej milczał i patrzył na mnie z wyrzutem.
Moja mama próbowała mnie pocieszać:
– Olu, musisz postawić granice. Inaczej nigdy się nie uwolnisz.
Ale jak postawić granice komuś, kto uważa je za zdradę?
W pracy zaczęłam być rozkojarzona. Szefowa zaprosiła mnie na rozmowę:
– Ola, co się dzieje? Zawsze byłaś sumienna…
Zawahałam się. Czy powinnam mówić jej o tym wszystkim? O poczuciu winy, o strachu przed kolejnym telefonem od teściowej?
Wróciłam do domu późno tego dnia. Piotr siedział w salonie przy zgaszonym świetle.
– Musimy porozmawiać – powiedział cicho.
Usiadłam naprzeciwko niego.
– Ola… Ja wiem, że to wszystko cię boli. Ale nie potrafię zostawić rodziców samych.
– A mnie potrafisz zostawić samą? – zapytałam łamiącym się głosem.
Piotr spuścił głowę.
– Nie chcę wybierać między tobą a nimi.
– Ale ja już wybrałam – wyszeptałam. – Wybrałam siebie.
Tego wieczoru po raz pierwszy od lat poczułam ulgę. Wiedziałam, że czeka nas długa droga: terapia małżeńska, rozmowy z teściami, może nawet czasowa separacja od ich wpływu. Ale wiedziałam też jedno: jeśli nie postawię granic teraz, nigdy nie będę szczęśliwa.
Dziś patrzę na Piotra i nasze dzieci inaczej niż kiedyś. Wiem już, że lojalność wobec rodziny nie może oznaczać rezygnacji z siebie. Że czasem trzeba powiedzieć „dość”, nawet jeśli boli.
Czy można kochać i jednocześnie wymagać szacunku? Czy rodzina daje nam siłę… czy czasem ją odbiera?