Lekcja odpowiedzialności: Kiedy mój plan naprawy małżeństwa obrócił się przeciwko mnie
– Naprawdę? Znowu zostawiłeś brudne naczynia w zlewie? – wybuchłam, zanim jeszcze zdążyłam zdjąć płaszcz. W kuchni unosił się zapach przypalonej kawy, a Bartek siedział przy stole z nosem w telefonie. Nawet nie podniósł wzroku.
– Przecież miałem ciężki dzień w pracy, Anka – mruknął, jakby to miało być usprawiedliwienie na wszystko.
W tej chwili poczułam, jak coś we mnie pęka. Od lat to ja byłam tą, która ogarniała dom, dzieci, zakupy, rachunki. Bartek zawsze miał wymówkę: praca, zmęczenie, ważny projekt. A ja? Ja po prostu musiałam dawać radę.
Tego wieczoru, kiedy dzieci już spały, usiadłam na kanapie i zaczęłam płakać. Cicho, żeby nikt nie słyszał. W głowie kłębiły mi się myśli: „Dlaczego wszystko jest na mojej głowie? Czy naprawdę tak trudno jest wziąć odpowiedzialność za własny dom?”
Następnego dnia postanowiłam coś zmienić. Przestałam sprzątać po Bartku. Nie prałam jego ubrań, nie robiłam mu kanapek do pracy. Zostawiłam jego rzeczy tam, gdzie je rzucił. Chciałam, żeby zobaczył, jak wygląda życie bez mojej niewidzialnej pracy.
Pierwsze dni były dziwne. Bartek chodził po domu zdezorientowany. – Gdzie są moje czyste koszule? – zapytał któregoś ranka.
– Tam, gdzie je zostawiłeś – odpowiedziałam spokojnie.
Patrzył na mnie z niedowierzaniem. – Co się z tobą dzieje?
– Nic. Po prostu nie mam już siły robić wszystkiego sama.
Zamiast rozmowy była cisza. Bartek zamknął się w sobie. Zaczęły się kłótnie o drobiazgi: o rozrzucone skarpetki, o nieopłacony rachunek za prąd, o to, że dzieci nie mają śniadania do szkoły.
Pewnego wieczoru usłyszałam rozmowę Bartka z jego matką przez telefon:
– Mama, Anka chyba przechodzi jakiś kryzys. Nic nie robi w domu. Wszystko się wali.
Zacisnęłam pięści. Jak to „nic nie robi”? Przez lata robiłam wszystko! Teraz miał okazję zobaczyć, ile to znaczy.
Ale zamiast zrozumienia pojawiła się przepaść. Bartek zaczął coraz częściej wychodzić z domu – najpierw na siłownię, potem „na piwo z kolegami”. Dzieci pytały: – Mamo, dlaczego tata jest taki smutny?
Nie wiedziałam, co odpowiedzieć. Sama czułam się coraz bardziej samotna i zagubiona.
W końcu przyszedł dzień, kiedy wszystko pękło. Była sobota rano. W kuchni panował bałagan po wczorajszym wieczorze – puste butelki po piwie, okruchy na stole, brudne talerze w zlewie. Bartek wszedł i spojrzał na mnie z wyrzutem:
– Tak chcesz żyć? W takim syfie?
– A ty? Przez lata ci to nie przeszkadzało! – krzyknęłam.
– Bo ty zawsze wszystko ogarniałaś! – wybuchł. – Myślałem, że ci to nie przeszkadza!
– Bo nie miałam wyboru! – łzy napłynęły mi do oczu. – Nikt mnie nie pytał, czy chcę być służącą!
Bartek usiadł ciężko na krześle i schował twarz w dłoniach.
– Nie wiem już, jak do ciebie dotrzeć – powiedział cicho.
– Może nigdy nie próbowałeś – odpowiedziałam równie cicho.
Przez chwilę panowała cisza tak gęsta, że słychać było tylko tykanie zegara.
– Wiesz co? Może powinniśmy się rozstać – rzucił nagle Bartek.
Zamarłam. Nie tego się spodziewałam. Chciałam tylko, żeby zobaczył mój wysiłek. Żebyśmy zaczęli rozmawiać jak partnerzy. Ale on wybrał ucieczkę.
Dzieci usłyszały naszą kłótnię i przyszły do kuchni. Stały w drzwiach z szeroko otwartymi oczami.
– Mamo… czy wy się rozwiedziecie? – zapytała cicho Zosia.
Poczułam, jak serce mi pęka. Usiadłam na podłodze i przytuliłam dzieci.
Bartek wybiegł z domu trzaskając drzwiami.
Przez kolejne dni żyliśmy jak obcy ludzie pod jednym dachem. Dzieci były ciche i wystraszone. Ja chodziłam jak cień samej siebie. Bartek wracał późno albo wcale.
W końcu przyszedł wieczór, kiedy usiadł obok mnie na kanapie i powiedział:
– Przepraszam. Nie wiedziałem… Nie chciałem cię zranić. Ale ja też czuję się beznadziejnie w tej roli wiecznego nieudacznika.
Spojrzałam na niego przez łzy:
– To dlaczego nigdy mi tego nie powiedziałeś?
– Bo myślałem, że tak musi być… Że ty jesteś silniejsza ode mnie…
Siedzieliśmy długo w milczeniu. Po raz pierwszy od lat poczułam, że naprawdę ze sobą rozmawiamy.
Nie wiem jeszcze, co będzie dalej. Czy uda nam się odbudować nasze małżeństwo? Czy potrafimy nauczyć się dzielić odpowiedzialnością i rozmawiać o swoich uczuciach?
Czasem zastanawiam się: ile jeszcze kobiet w Polsce dźwiga na sobie cały dom i milczy? Ile rodzin rozpada się przez brak rozmowy i wzajemnego szacunku?
Czy naprawdę musi dojść do katastrofy, żebyśmy zaczęli siebie słuchać?