Kiedy rodzina przestaje być domem: Historia Anny z warszawskiej Pragi
– Mamo, nie możesz tak dłużej mieszkać sama. To niebezpieczne. – Głos mojej córki, Magdy, był cichy, ale stanowczy. Stałam za drzwiami jej kuchni, trzymając w ręku tornister mojej wnuczki, Zuzi. Przyszłam odebrać ją ze szkoły, ale weszłam wcześniej, bo padał deszcz. Nie spodziewałam się, że usłyszę coś, co zmieni całe moje życie.
– Ale mamo, ona sobie nie radzi – mówił mój zięć, Paweł. – Ostatnio znowu zapomniała wyłączyć gaz. Co będzie, jak coś się stanie?
Zamarłam. Poczułam, jak serce wali mi w piersi. Przecież to był tylko jeden raz! Każdemu może się zdarzyć. Przez chwilę miałam ochotę wejść do kuchni i krzyknąć: „Jestem tu! Słyszę was!” Ale nie mogłam się ruszyć.
– Myślałaś o domu opieki? – Paweł mówił dalej. – Tam będzie bezpieczna, pod opieką. My przecież pracujemy, Zuzia ma swoje zajęcia…
– Nie wiem… – Magda westchnęła. – To moja mama. Ale chyba nie mamy wyjścia.
Wtedy coś we mnie pękło. Oparłam się o ścianę i cicho wyszłam z mieszkania. Na klatce schodowej łzy same płynęły mi po policzkach. Jak mogli? Przecież całe życie poświęciłam dla nich. Zawsze byłam dla Magdy – nawet kiedy jej ojciec odszedł, kiedy zachorowała na zapalenie płuc w podstawówce, kiedy nie zdała matury za pierwszym razem…
Szłam przez deszcz do swojego mieszkania na Pradze, czując się jak cień człowieka. W głowie kłębiły mi się myśli: Może mają rację? Może naprawdę już sobie nie radzę? Ale przecież jeszcze niedawno piekłam dla nich sernik na święta, pomagałam Zuzi z matematyką…
Wieczorem zadzwoniła Magda.
– Mamo, wszystko w porządku? Nie przyszłaś po Zuzię.
– Przepraszam, źle się poczułam – skłamałam.
– Może przyjedziemy jutro? – zaproponowała.
– Nie trzeba – odpowiedziałam szybko i odłożyłam słuchawkę.
Całą noc nie mogłam zasnąć. Wspominałam dawne czasy: jak Magda biegała po podwórku z rozbitym kolanem, jak razem gotowałyśmy zupę pomidorową, jak płakała po pierwszym zawodzie miłosnym… Czy naprawdę jestem dla niej tylko ciężarem?
Następnego dnia przyszła sąsiadka, pani Zosia.
– Aniu, co się stało? Wyglądasz na przygnębioną.
Opowiedziałam jej wszystko. Siedziałyśmy przy herbacie, a ona pokiwała głową.
– Wiesz… Moja Basia też chciała mnie oddać do domu opieki. Ale postawiłam się. Powiedziałam: „Nie jestem jeszcze gotowa na takie miejsce”. I wiesz co? Zaczęła mnie częściej odwiedzać.
Te słowa dodały mi odwagi. Postanowiłam porozmawiać z Magdą. Zadzwoniłam do niej i poprosiłam o spotkanie.
Spotkałyśmy się w jej mieszkaniu. Magda była spięta.
– Mamo…
– Wiem o wszystkim – przerwałam jej. – Słyszałam waszą rozmowę.
Zbladła.
– Mamo, ja tylko…
– Myślisz, że jestem ciężarem? Że nie potrafię już żyć samodzielnie?
– Nie! Po prostu się martwię…
– Martwisz się czy chcesz mieć święty spokój?
Zapanowała cisza. Paweł patrzył w podłogę.
– Mamo, ja cię kocham – wyszeptała Magda. – Ale boję się o ciebie. Ostatnio jesteś rozkojarzona, zapominasz o rzeczach…
– Każdemu się zdarza! – krzyknęłam przez łzy.
Zuzia weszła do pokoju i przytuliła mnie mocno.
– Babciu, nie chcę, żebyś gdzieś wyjeżdżała.
Wtedy zrozumiałam: muszę zawalczyć o siebie i o naszą rodzinę. Zaproponowałam kompromis: będę częściej u nich nocować, a oni pomogą mi w codziennych sprawach. Zgodziła się niechętnie, ale widziałam ulgę w jej oczach.
Minęły tygodnie. Było różnie – czasem czułam się jak intruz we własnej rodzinie, czasem jak najważniejsza osoba na świecie. Zuzia codziennie przychodziła do mnie po szkole, razem odrabiałyśmy lekcje i piekłyśmy ciasta. Magda zaczęła mnie pytać o rady – jak dawniej.
Ale lęk pozostał. Każdego dnia bałam się, że pewnego ranka obudzę się w obcym pokoju domu opieki, bez znajomych zdjęć na ścianach i bez zapachu domowego chleba.
Czasem patrzę na Magdę i zastanawiam się: czy kiedyś ona też poczuje się tak niepotrzebna? Czy rodzina to naprawdę miejsce bezwarunkowej miłości?
Może powinnam była odejść bez słowa? A może dobrze zrobiłam, walcząc o swoje miejsce?
Czy wy też czasem czujecie się obcy we własnym domu? Czy rodzina to zawsze dom?