Kiedy nauczyłam się mówić „nie”: Lato nad jeziorem i granice, które mnie uratowały
– Iwona, przecież nie możesz tak po prostu zostawić mamy samej na tydzień! – głos mojej siostry, Magdy, rozbrzmiewał w słuchawce z siłą, która ścinała mi oddech. Stałam na werandzie drewnianego domku nad jeziorem, z widokiem na taflę wody, która miała być moim azylem. Miałam wrażenie, że nawet szum trzcin ucichł, by lepiej słyszeć naszą rozmowę.
– Magda, mama jest dorosła. Ma sąsiadkę, panią Halinę, która jej pomoże. Ja… ja muszę odpocząć – wydukałam, czując jak łzy napływają mi do oczu.
Mój mąż, Tomek, siedział w środku i udawał, że czyta gazetę. Wiedziałam, że słyszy każde słowo. Ostatnie miesiące były dla mnie jak niekończący się maraton: praca w szkole, opieka nad schorowaną mamą, wieczne pretensje siostry i wieczne „musisz”. Musisz być silna. Musisz się poświęcić. Musisz pamiętać o wszystkich. A ja? Czy ja też coś muszę?
Wiedziałam, że to lato miało być inne. Tomek wynajął domek nad jeziorem w Borach Tucholskich. Miałam czytać książki, pływać kajakiem, spać do południa. Ale już pierwszego dnia telefon nie przestawał dzwonić.
– Iwona, a czy mama ma leki? – pytała Magda.
– Tak, zostawiłam rozpisane dawkowanie na lodówce.
– A co z zakupami?
– Zrobiłam zapas na dwa tygodnie.
– Ale…
– Magda! – przerwałam jej pierwszy raz od lat. – Proszę cię, nie dzwoń przez kilka dni. Potrzebuję tego.
W słuchawce zapadła cisza. Potem usłyszałam tylko: – Jesteś samolubna.
Odłożyłam telefon i poczułam się jak najgorszy człowiek na świecie. Przez chwilę miałam ochotę spakować walizkę i wrócić do Warszawy. Ale wtedy Tomek podszedł do mnie i objął mnie ramieniem.
– Iwona, to twoje życie. Nie możesz ciągle żyć dla innych – powiedział cicho.
Zawsze był spokojny, wyrozumiały. Ale widziałam w jego oczach zmęczenie moją wieczną nieobecnością nawet wtedy, gdy byłam obok.
Wieczorem siedzieliśmy przy ognisku. Cisza była inna niż ta w domu – nie bolała. Przypomniałam sobie dzieciństwo: wakacje u dziadków na wsi, zapach dymu i śmiech rodzeństwa. Wtedy wszystko było prostsze. Teraz każda decyzja wydawała się walką.
Następnego dnia rano obudził mnie dźwięk SMS-a:
„Mama pyta, kiedy wracasz. Nie radzi sobie z Haliną.”
Zacisnęłam pięści. Wyszłam na pomost i patrzyłam na wodę. „Czy naprawdę jestem tak zła? Czy nie mam prawa do odpoczynku?” – pytałam siebie w myślach.
Przez kolejne dni próbowałam się wyłączyć. Tomek zabrał mnie na rowery, pływaliśmy łódką po jeziorze. Ale w środku czułam narastający lęk i poczucie winy. Wieczorami płakałam po cichu w łazience.
Czwartego dnia zadzwoniła mama.
– Iwonko… czuję się taka samotna…
– Mamo, przecież Halina jest obok.
– Ale to nie to samo… Ty zawsze byłaś przy mnie.
Usiadłam na podłodze i zaczęłam się trząść.
– Mamo… ja też jestem człowiekiem. Potrzebuję chwili dla siebie.
– Wiem… tylko boję się być sama.
Po tej rozmowie długo patrzyłam w sufit. Przypomniałam sobie wszystkie noce spędzone przy łóżku mamy po jej udarze, wszystkie nieprzespane godziny i własne zaniedbane zdrowie.
Wieczorem Tomek powiedział:
– Iwona, musisz postawić granice. Inaczej nigdy nie będziesz szczęśliwa.
Bałam się tego słowa: „granice”. W mojej rodzinie nikt ich nie stawiał. Mama poświęcała się dla ojca aż do jego śmierci; babcia dla dziadka; ja dla wszystkich…
Piątego dnia przyszedł SMS od Magdy:
„Nie licz na moją pomoc po powrocie. Skoro wybrałaś siebie, radź sobie sama.”
Zrobiło mi się słabo. Przez chwilę chciałam zadzwonić i przeprosić za wszystko – za to, że żyję, że oddycham, że mam marzenia inne niż opieka nad rodziną.
Ale wtedy spojrzałam na Tomka i zobaczyłam w jego oczach troskę i miłość – coś, co przez lata spychałam na dalszy plan.
Wieczorem usiedliśmy razem na pomoście.
– Iwona… czy ty naprawdę chcesz tak żyć? – zapytał cicho.
– Nie wiem… boję się być egoistką.
– A może czasem trzeba być egoistką, żeby przeżyć?
Przez kolejne dni uczyłam się mówić „nie”. Najpierw mamie: „Nie mogę wrócić wcześniej”. Potem Magdzie: „Nie będę odbierać telefonów przez tydzień”. Za każdym razem serce waliło mi jak młotem.
Ostatniego dnia pobytu nad jeziorem poczułam coś dziwnego: lekkość. Jakby ktoś zdjął mi z pleców ciężki plecak pełen kamieni.
Po powrocie do Warszawy mama była chłodna, Magda obrażona. Ale ja pierwszy raz od lat przespałam całą noc bez budzenia się z lękiem.
Minęły tygodnie zanim relacje zaczęły się układać na nowo – inaczej niż wcześniej, ale bardziej uczciwie wobec mnie samej.
Czasem jeszcze budzę się z poczuciem winy. Ale wtedy przypominam sobie tamto lato nad jeziorem i pytam siebie:
Czy naprawdę musimy zawsze żyć dla innych? Czy mamy prawo postawić siebie na pierwszym miejscu?