Kiedy mój mąż zabrał całe jedzenie do swojej matki – polska rodzinna burza od kuchni
– Piotr, gdzie jest zupa? – zapytałam, zaglądając do pustego garnka. W lodówce nie było nic poza kilkoma jajkami i resztką masła. Jeszcze rano gotowałam rosół, piekłam schab i szykowałam sałatkę jarzynową na cały tydzień. Teraz wszystko zniknęło.
Piotr stał w przedpokoju, zakładając kurtkę. Nawet nie spojrzał mi w oczy.
– Zabrałem jedzenie do mamy. Ona jest sama, a ty przecież możesz coś ugotować jeszcze raz – rzucił tonem, jakby to była najoczywistsza rzecz na świecie.
Poczułam, jak coś we mnie pęka. Przez chwilę nie mogłam wydobyć z siebie głosu. W głowie kłębiły mi się myśli: „Czy ja się nie liczę? Czy nasza córka nie jest ważna? Czy naprawdę jestem tylko kucharką dla jego rodziny?”
– Piotr, nawet mnie nie zapytałeś! To było dla nas! – wykrztusiłam w końcu, czując łzy pod powiekami.
– Przesadzasz. Mama jest starsza, potrzebuje wsparcia. Ty zawsze robisz z igły widły – odpowiedział, trzaskając drzwiami.
Zostałam sama w kuchni, wpatrując się w pustą lodówkę. Nasza siedmioletnia Zosia przyszła do mnie cicho i przytuliła się do mojej nogi.
– Mamo, będziemy dziś jeść kanapki? – zapytała szeptem.
Nie wiedziałam, co odpowiedzieć. Wstydziłam się przed własnym dzieckiem, że nie potrafię zadbać o nasz dom. Ale jeszcze bardziej bolało mnie to, że Piotr po raz kolejny postawił swoją matkę ponad nami.
To nie był pierwszy raz. Od początku naszego małżeństwa czułam się jak ktoś na drugim planie. Teściowa, pani Helena, zawsze była obecna – w naszych rozmowach, decyzjach, nawet w kuchni. Gdy tylko pojawił się problem, Piotr biegł do niej po radę. Ja byłam tą „nową”, która nigdy nie robi wszystkiego tak dobrze jak ona.
Pamiętam nasze pierwsze święta razem. Ugotowałam barszcz według przepisu mojej mamy. Piotr spróbował i powiedział: „U mamy smakuje lepiej”. Wtedy jeszcze się śmiałam, próbując żartować z sytuacji. Ale z czasem te drobne uwagi zaczęły mnie ranić coraz bardziej.
Zosia patrzyła na mnie wielkimi oczami. Usiadłyśmy razem przy stole i zrobiłam nam herbatę. W ciszy jadłyśmy suche bułki z masłem. Czułam się upokorzona.
Wieczorem zadzwoniła moja mama.
– Kasiu, wszystko w porządku? Słyszę po głosie, że coś się stało.
Nie wytrzymałam i opowiedziałam jej wszystko. Mama milczała przez chwilę.
– Kochanie, musisz postawić granice. Piotr nie ma prawa tak cię traktować. Pomyśl o sobie i o Zosi.
Te słowa długo dźwięczały mi w uszach tej nocy. Przewracałam się z boku na bok, nie mogąc zasnąć. Wspominałam wszystkie sytuacje, kiedy czułam się niewidzialna: kiedy Piotr decydował za mnie o wakacjach, kiedy teściowa krytykowała moje wychowanie Zosi, kiedy musiałam przepraszać za rzeczy, których nie zrobiłam.
Następnego dnia rano Piotr wrócił do domu jak gdyby nigdy nic.
– Co na śniadanie? – zapytał z uśmiechem.
– Nic – odpowiedziałam spokojnie. – Nie mam już siły gotować dla kogoś, kto mnie nie szanuje.
Spojrzał na mnie zdziwiony.
– O co ci chodzi? Przecież to tylko jedzenie!
– Nie, Piotrze. To nie jest tylko jedzenie. To jest nasz dom, nasza rodzina i moje uczucia. Mam już dość bycia niewidzialną.
Widziałam w jego oczach złość i niezrozumienie. Wyszedł bez słowa do pracy.
Przez cały dzień myślałam o tym, co dalej. Zadzwoniłam do pracy i poprosiłam o kilka dni wolnego. Po południu zabrałam Zosię na spacer do parku. Patrzyłam na inne rodziny – śmiejące się dzieci, zakochane pary trzymające się za ręce. Zazdrościłam im tej lekkości.
Wieczorem Piotr wrócił wcześniej niż zwykle. Usiadł naprzeciwko mnie przy stole.
– Rozmawiałem z mamą – zaczął powoli. – Powiedziała mi, że przesadziłem.
Spojrzałam na niego uważnie.
– A ty co myślisz?
Zamilkł na chwilę.
– Nie wiem… Chciałem dobrze. Mama jest sama od śmierci taty…
– A ja? Ja też jestem sama w tym małżeństwie – przerwałam mu cicho.
Zosia przyszła do kuchni i usiadła obok mnie.
– Tato, ja chcę żebyśmy byli razem wszyscy – powiedziała poważnie.
Piotr spuścił głowę. Przez chwilę siedzieliśmy w milczeniu.
Tamtego wieczoru długo rozmawialiśmy – o granicach, o szacunku, o tym, co znaczy być rodziną. Nie było łatwo. Piotr płakał pierwszy raz od lat. Ja też płakałam – ze złości i ulgi jednocześnie.
Nie wiem, co będzie dalej. Wiem tylko jedno: już nigdy nie pozwolę sobie odebrać głosu we własnym domu.
Czy naprawdę trzeba aż takiego kryzysu, żeby zacząć walczyć o siebie? Ile jeszcze kobiet w Polsce czuje się niewidzialnych we własnych rodzinach?