Kiedy mama zadzwoniła, że przyjadą krewni: Tym razem postanowiłam inaczej. Moja walka z rodzinnymi demonami
— Zosia, tylko nie mów, że znowu cię nie będzie! — głos mamy w słuchawce był ostry jak brzytwa. — W sobotę przyjeżdża ciocia Halina z rodziną. Wszyscy będą. Nie możesz się wiecznie wymigiwać!
Patrzyłam przez okno na szarą, marcową ulicę Warszawy. W dłoni ściskałam telefon, czując, jak serce wali mi w piersi. Znowu to samo. Znowu muszę wracać do domu, gdzie wszystko jest takie ciasne, duszne i pełne niedopowiedzeń. Gdzie każdy mój wybór jest oceniany, a każde potknięcie — wytykane palcem.
— Dobrze, mamo — odpowiedziałam cicho, choć w środku aż się gotowałam. — Przyjadę.
Odkładając słuchawkę, poczułam znajome ukłucie żalu i złości. Ile razy już uciekałam? Ile razy wymyślałam wymówki, żeby nie musieć patrzeć w oczy cioci Halinie, która zawsze pytała: „A kiedy ślub? A kiedy dzieci?” Ile razy słyszałam od kuzynki Kasi, że „w Warszawie to tylko karierę robią i zapominają o rodzinie”? Ile razy widziałam rozczarowanie w oczach taty, gdy mówiłam, że nie wrócę na wieś?
Ale tym razem postanowiłam inaczej. Nie będę już uciekać. Nie będę się tłumaczyć ani przepraszać za swoje życie.
W sobotę rano wsiadłam do pociągu do Białegostoku. W torbie miałam tylko kilka rzeczy i książkę, której pewnie nie otworzę. Całą drogę myślałam o tym, co powiem rodzinie. Czy powinnam się tłumaczyć? Czy powinnam w ogóle rozmawiać o swoim życiu?
Na dworcu czekał na mnie tata. Milczał przez całą drogę do domu, tylko raz rzucił:
— Dobrze, że jesteś.
W domu pachniało pieczonym kurczakiem i świeżym chlebem. Mama krzątała się po kuchni, a babcia siedziała przy stole i obierała ziemniaki.
— Zosia! — krzyknęła mama, rzucając mi się na szyję. — Jak dobrze cię widzieć! Pomóż mi z sałatką.
Zaczęłyśmy kroić warzywa. Mama zerkała na mnie ukradkiem.
— Wiesz… Halina ostatnio pytała o ciebie. Mówiła, że jej córka już w ciąży…
— Mamo, proszę… — przerwałam jej ostrożnie. — Nie chcę dziś o tym rozmawiać.
Mama westchnęła ciężko.
— Ja tylko chcę twojego szczęścia, Zosiu.
Chciałam powiedzieć: „A może moje szczęście wygląda inaczej niż twoje?” Ale ugryzłam się w język.
Po południu zaczęli zjeżdżać się krewni. Najpierw ciocia Halina z wujkiem Jurkiem i ich córką Kasią. Potem kuzyn Tomek z żoną i dwójką dzieci. Wszyscy ściskali mnie mocno, jakbyśmy nie widzieli się latami.
— No i co tam w tej Warszawie? — zapytała Kasia z uśmiechem pełnym wyższości.
— Pracuję w wydawnictwie — odpowiedziałam spokojnie.
— Ale sama? Bez nikogo? — dopytywała ciocia Halina.
— Tak, sama — odparłam twardo.
Zapadła cisza. Mama spojrzała na mnie z niepokojem.
— A może poznałaś kogoś? — próbowała ratować sytuację babcia.
— Mamo, babciu… — zaczęłam drżącym głosem. — Chciałabym wam coś powiedzieć.
Wszyscy spojrzeli na mnie zaskoczeni. Czułam, jak dłonie mi się pocą.
— Wiem, że macie wobec mnie oczekiwania. Że chcielibyście, żebym miała rodzinę, dzieci… Ale ja… ja mam inne plany na życie. Kocham was bardzo, ale nie chcę żyć według waszych zasad. Chcę być szczęśliwa po swojemu.
Ciocia Halina prychnęła pod nosem.
— To egoizm, Zosiu. Rodzina jest najważniejsza!
— Może dla ciebie — odpowiedziałam cicho. — Ale dla mnie ważne jest też to, żebym była sobą.
Tata milczał. Mama miała łzy w oczach.
— Zosiu… Ja tylko się martwię…
Podszedł do mnie Tomek i położył mi rękę na ramieniu.
— Każdy ma prawo żyć po swojemu — powiedział cicho. — Ja też nie zawsze robiłem to, czego ode mnie oczekiwaliście.
Wtedy coś pękło. Poczułam ulgę i strach jednocześnie. Przez chwilę nikt się nie odzywał. Potem babcia zaczęła płakać:
— Tyle dla ciebie poświęciliśmy…
Usiadłam obok niej i złapałam ją za rękę.
— Babciu… Ja to wszystko rozumiem. Ale czy naprawdę chcecie mojego nieszczęścia?
Wieczorem siedziałam sama w swoim dawnym pokoju. Słyszałam przez ścianę rozmowy dorosłych: „Zosia zawsze była inna”, „Może jej przejdzie”, „A może trzeba ją zostawić w spokoju?”
Patrzyłam na stare zdjęcia na półce: ja z Kasią na rowerach, ja z tatą na rybach, ja z mamą przy pieczeniu ciasta. Tyle wspomnień… Tyle oczekiwań…
Następnego dnia rano mama przyszła do mojego pokoju.
— Przepraszam, Zosiu — powiedziała cicho. — Chciałam dobrze… Ale może rzeczywiście powinnam pozwolić ci być sobą?
Objęłyśmy się mocno.
Wyjeżdżając tego dnia do Warszawy, czułam się lżejsza niż kiedykolwiek wcześniej. Wiedziałam, że jeszcze wiele rozmów przed nami. Że nie wszystko da się naprawić jednym weekendem. Ale zrobiłam pierwszy krok.
Czy naprawdę musimy żyć według cudzych oczekiwań? Czy odwaga bycia sobą to egoizm… czy może największy dar dla siebie i bliskich?