Każdy weekend to piekło: Wyznanie synowej, która walczy o siebie we własnym domu
– Znowu przyjadą. – Myśl ta uderza mnie jak zimny prysznic już w piątkowy poranek. Siedzę przy kuchennym stole, patrząc na kubek z niedopitą kawą, a w żołądku czuję znajomy ucisk. Słyszę, jak Paweł, mój mąż, krząta się po łazience. On zawsze powtarza: „To tylko weekend, wytrzymasz”. Ale dla mnie każdy weekend to piekło.
W piątkowe popołudnie, tuż po pracy, zaczynam sprzątać dom z nerwową dokładnością. Każda poduszka musi leżeć równo, każdy talerz błyszczeć. Bo wiem, że jeśli nie – usłyszę od teściowej: „Oj, Aniu, znowu kurz na parapecie. U nas w domu zawsze było czysto”. Teść z kolei siada w salonie i od razu włącza telewizor na cały regulator, nie pytając nikogo o zdanie. Dzieci biegają po domu, a ja próbuję być wszędzie naraz – gotować obiad, uciszać kłótnie i udawać, że wszystko jest w porządku.
– Aniu, a czemu znowu schabowe? – pyta teściowa z udawanym uśmiechem. – Paweł zawsze lubił mielone.
– Mamo, Ania się stara – rzuca Paweł bez przekonania, nawet nie podnosząc wzroku znad telefonu.
Czuję, jak zaciska mi się gardło. Chciałabym odpowiedzieć coś ostrego, ale słowa grzęzną mi w ustach. Przez lata nauczyłam się milczeć. Najpierw dla świętego spokoju, potem z bezsilności. W końcu zaczęłam wierzyć, że może rzeczywiście jestem niewystarczająca.
W sobotę rano budzi mnie dźwięk garnków w kuchni. Teściowa już tam jest – przyszła bez pukania do naszej sypialni i obudziła dzieci. – Wstawajcie, szkoda dnia! – woła głośno. Paweł przewraca się na drugi bok.
– Może byś pomogła mamie? – rzuca do mnie sennie.
Wstaję więc i idę do kuchni. Tam już czeka na mnie lista zadań: obrać ziemniaki, posprzątać lodówkę („Bo coś tu śmierdzi”), wytrzeć kurze („Bo alergia dzieci”). Każda czynność komentowana jest głośno i krytycznie. Czuję się jak służąca we własnym domu.
W południe przychodzi moment kulminacyjny: obiad rodzinny. Teściowie rozsiadają się przy stole jak królowie. Teść zaczyna opowiadać o tym, jak to za jego czasów wszystko było lepsze, a Paweł kiwa głową i przytakuje. Ja siedzę cicho, bo wiem, że każde moje słowo może zostać wyśmiane lub zignorowane.
– Aniu, a ty co sądzisz? – pyta nagle teść z ironicznym uśmiechem.
– Ja… – zaczynam niepewnie.
– No właśnie! – przerywa mi teściowa. – Lepiej niech się Ania nie wypowiada na tematy polityczne.
Czuję łzy pod powiekami. Dzieci patrzą na mnie z niepokojem. Najstarsza córka szepcze: – Mamo, dlaczego babcia cię tak nie lubi?
Wieczorem zamykam się w łazience i płaczę w ciszy. Paweł puka do drzwi:
– Przesadzasz. Oni są tacy od zawsze. Po prostu ich ignoruj.
Ale ja już nie potrafię ignorować tego bólu. Zaczynam tracić samą siebie. Przestaję rozpoznawać kobietę w lustrze – zmęczoną, przygaszoną, bez uśmiechu.
W niedzielę rano postanawiam spróbować czegoś nowego. Gdy teściowa zaczyna krytykować moją kawę („Za słaba!”), odpowiadam spokojnie:
– Lubię taką i taką dziś zrobiłam.
Teściowa patrzy na mnie zaskoczona. Paweł unosi brwi.
– No proszę, Ania ma swoje zdanie! – śmieje się teść.
Czuję rumieniec na twarzy, ale nie spuszczam wzroku.
Po południu dzieci chcą wyjść na spacer. Teściowa protestuje:
– Po co? Lepiej posiedzieć w domu!
Tym razem mówię stanowczo:
– Idziemy na spacer. Potrzebujemy świeżego powietrza.
Paweł patrzy na mnie zdziwiony, ale nie protestuje. Wychodzimy całą rodziną – bez teściów. Na dworze dzieci śmieją się i biegają po kałużach. Czuję pierwszy oddech wolności od miesięcy.
Wieczorem teściowie zbierają się do wyjazdu. Teściowa rzuca na odchodne:
– No cóż, Aniu… Mam nadzieję, że następnym razem będzie lepiej.
Zamykam za nimi drzwi i opieram się o ścianę. Paweł stoi obok mnie.
– Co ci odbiło? – pyta cicho.
Patrzę mu prosto w oczy:
– Mam dość bycia niewidzialną we własnym domu.
Nie odpowiada. Idzie do salonu i włącza telewizor.
Siedzę jeszcze długo w przedpokoju i myślę: ile jeszcze jestem w stanie znieść? Czy mam prawo walczyć o siebie nawet kosztem rodzinnych relacji? Czy kiedyś poczuję się naprawdę u siebie?
A wy… co byście zrobili na moim miejscu? Czy naprawdę trzeba poświęcać siebie dla świętego spokoju?