„Jedno wnuczę wystarczy!” – Jak moja teściowa rozbiła naszą rodzinę
– Jedno wnuczę wystarczy, Marto. Nie przesadzajcie z tym rozmnażaniem się – powiedziała teściowa, patrząc na mnie przez okulary, jakby oceniała nie tylko moją decyzję, ale i całe moje życie. Stałam w kuchni, z ręką na zaokrąglonym brzuchu, czując, jak krew odpływa mi z twarzy. W powietrzu zawisła cisza, którą przerwał tylko cichy stuk filiżanki o blat.
– Mamo, proszę cię… – odezwał się mój mąż, Tomek, ale jego głos był słaby, jakby już na starcie wiedział, że nie wygra tej walki.
Nie odpowiedziałam. Bałam się, że jeśli otworzę usta, powiem coś, czego nie da się cofnąć. W głowie tłukły mi się pytania: Dlaczego ona tak mówi? Czy naprawdę uważa, że drugie dziecko to błąd? Przecież powinna się cieszyć…
Zawsze wiedziałam, że relacje z teściową nie będą łatwe. Jadwiga była kobietą silną, apodyktyczną i przekonaną o własnej nieomylności. Gdy urodził się nasz pierwszy syn, Michałek, była zachwycona. Przychodziła codziennie, przynosiła zupy i rady – czasem bardziej przydatne, czasem mniej. Ale wtedy czułam jej wsparcie. Teraz, gdy powiedzieliśmy o drugim dziecku, coś się zmieniło.
Wieczorem usiadłam z Tomkiem na kanapie. Michałek spał już w swoim pokoju.
– Tomek… czy twoja mama naprawdę uważa, że robimy błąd? – zapytałam cicho.
Westchnął ciężko.
– Wiesz jaka jest. Zawsze wszystko musi być po jej myśli. Myślę… myślę, że ona boi się, że nie poradzimy sobie finansowo. Albo że Michałek przestanie być jej oczkiem w głowie.
– Ale to nasze życie! – wybuchłam. – To my decydujemy!
Tomek objął mnie ramieniem, ale czułam, że jest rozdarty. Zawsze był między młotem a kowadłem – między mną a swoją matką.
Następne tygodnie były coraz trudniejsze. Jadwiga przestała przychodzić tak często. Gdy dzwoniłam z pytaniem, czy może zostać z Michałkiem na godzinę, zawsze miała wymówkę: a to lekarz, a to spotkanie z koleżanką. Michałek tęsknił za babcią i pytał o nią codziennie.
W końcu postanowiłam porozmawiać z nią szczerze. Pojechałam do niej sama.
– Jadwigo… chciałabym porozmawiać – zaczęłam niepewnie.
Spojrzała na mnie chłodno.
– O czym?
– O tym wszystkim… O dzieciach. O nas. Czuję, że coś się zmieniło i chciałabym wiedzieć dlaczego.
Przez chwilę milczała.
– Marta… Ja po prostu nie rozumiem tej decyzji. Dzisiaj wszystko jest takie trudne. Pieniądze, praca… Po co wam drugie dziecko? Michałek jest cudowny. Po co ryzykować?
Poczułam łzy pod powiekami.
– Bo chcemy mieć rodzinę. Bo kochamy dzieci. Bo chcemy, żeby Michałek miał rodzeństwo…
Wzruszyła ramionami.
– Ja miałam tylko Tomka i jakoś żyję.
– Ale czy była pani szczęśliwa?
Zamilkła. W jej oczach zobaczyłam cień bólu.
– Może nie zawsze… Ale przynajmniej miałam kontrolę nad wszystkim.
Wróciłam do domu rozbita. Zrozumiałam wtedy, że Jadwiga boi się utraty kontroli – nad synem, nad wnukiem, nad całą rodziną.
Kiedy urodziła się Zosia, Jadwiga przyszła do szpitala tylko raz. Stała przy łóżku jak obca osoba.
– No to teraz będziecie mieli wesoło – rzuciła ironicznie i wyszła bez słowa pożegnania.
Tomek próbował rozmawiać z matką wiele razy. Bez skutku. Jadwiga coraz bardziej oddalała się od nas i od Michałka. Chłopiec płakał po nocach i pytał: „Dlaczego babcia mnie już nie kocha?”
Nie umiałam mu odpowiedzieć.
Nasze małżeństwo zaczęło się sypać pod ciężarem tej sytuacji. Tomek zamykał się w sobie, ja byłam coraz bardziej rozgoryczona i samotna. Zosia chorowała często – wcześniak, wymagała dużo opieki i uwagi. Byłam zmęczona fizycznie i psychicznie.
Pewnego dnia Tomek wrócił późno z pracy. Był blady i zdenerwowany.
– Mama była dziś u mnie w biurze – powiedział bez wstępów.
– I?
– Powiedziała mi… że jeśli nie „opamiętamy się” i nie „wrócimy do rozsądku”, to ona nie chce mieć z nami kontaktu.
Patrzyłam na niego w osłupieniu.
– To szantaż emocjonalny! – krzyknęłam.
Tomek spuścił głowę.
– Wiem… Ale ona naprawdę to zrobiła. Powiedziała też Michałkowi przez telefon, że jest już „za duży na takie przytulanki” i żeby nie dzwonił tak często.
Serce mi pękło.
Przez kolejne miesiące żyliśmy jakby w zawieszeniu. Bez babci Jadwigi było nam trudniej – nie tylko logistycznie, ale przede wszystkim emocjonalnie. Michałek zamknął się w sobie, Zosia rosła bez tej babcinej czułości, którą miał jej dać los.
Czasem zastanawiałam się: czy powinniśmy byli posłuchać Jadwigi? Czy naprawdę drugie dziecko było błędem? Ale gdy patrzyłam na śpiącą Zosię i widziałam Michałka tulącego siostrzyczkę, wiedziałam jedno – rodzina to nie liczba dzieci ani kontrola jednej osoby nad wszystkimi. To miłość i wsparcie.
Dziś minęły dwa lata od tamtych wydarzeń. Jadwiga czasem dzwoni do Tomka – krótko i rzeczowo. Do mnie nie odezwała się ani razu. Michałek już nie pyta o babcię tak często; Zosia zna ją tylko ze zdjęć.
Czasem siadam wieczorem przy oknie i pytam siebie: czy można naprawić coś tak bardzo zepsutego? Czy kiedyś wybaczę Jadwidze to wszystko? A może to ja powinnam zrobić pierwszy krok? Co wy byście zrobili na moim miejscu?